Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaszuby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaszuby. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

Konzentration Lager Stutthof


Jutro, 2 września, przypada 76. rocznica utworzenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Stutthof. Tego dnia na teren pomiędzy wsiami Sztutowo i Stegna, autobusami komunikacji miejskiej Niemcy przywieźli z Gdańska około 200 jeńców, którzy natychmiast rozpoczęli budowę. Obóz funkcjonował od 2.09.1939 r. do 9.05.1945 r. Był pierwszym i najdłużej istniejącym niemieckim obozem tego typu na ziemiach dzisiejszej Polski. Jednak w pamięci społecznej męczeństwo jego więźniów jest wciąż mało znane.

Miejsce pod budowę wybrane zostało z pełną premedytacją: teren podmokły, zewsząd otoczony wodą, bagnami i torfowiskami, z wysoko stojącymi wodami gruntowymi i specyficznym, niebezpiecznym dla ludzi mikroklimatem. W założeniu miał być większy niż Auschwitz. Historię budowy oraz strukturę lagru można poznać, klikając w linki umieszczone pod notką.


Komendantami KL Stutthof był SS-Hauptsturmführer Max Pauly (kierujący egzekucją obrońców Poczty Polskiej z Gdańska), a we wrześniu ’42 zastąpił go SS-Sturmbannführer Paul Werner Hoppe i sprawował tę rolę do 9.05.1945 r.

Metodami stosowanymi w obozie w ramach akcji „specjalnego traktowania” więźniów (Sonderbehandlung) było rozstrzeliwanie strzałem w potylicę w pomieszczeniach krematorium czy też „szpilowanie”, czyli uśmiercanie zastrzykiem z fenolu, co Niemcy stosowali od 1940 r. P.W. Hoppe „usprawnił” pracę obozu, gdy z jego polecenia w połowie ’44 r. uruchomiono komorę gazową.

W ciągu ponad 5 lat działalności KL Stutthof zarejestrowano łącznie około 110 tysięcy więźniów. Byli oni obywatelami 28 państw, zarówno europejskich pod niemiecką okupacją, jak i państw neutralnych oraz Stanów Zjednoczonych. Do KL Stutthof docierały transporty z obozów koncentracyjnych Buchenwald, Dachau, Neuengamme, Mauthausen, Flossenbürg i Sachsenhausen, przywożono więźniów Pawiaka i Pruszkowa.

Orientacyjna mapka marszu śmierci więźniów KL Stutthof przez Kaszuby. Oprac. Chryzopraz
Na skutek zbliżającego się frontu Sturmbannführer Hoffman zarządził ewakuację. Przeprowadzano ją drogą lądową i morską od stycznia 1945 r. Liczba ofiar ewakuacji wyniosła prawie 50%. Barkami ewakuowano około 5000 więźniów. Na trasę marszu śmierci przez miejscowości Mikoszewo, Świbno, Cedry Małe, Cedry Wielkie, Pruszcz Gdański, Kolbudy, Łapino, Niestępowo, Żukowo, Przodkowo, Pomieczyno wypędzono ponad 11 tysięcy więźniów. Na miejsce dotarło 7 tysięcy. Cała trasa marszu śmierci, trwającego 11 dni, znaczona jest mogiłami w Nawczu, Rybnie i Kępie Kaszubskiej, Pucku, Wejherowie i Luzinie, Strzepczu, Żukowie i Niestępowie, Pręgowie, Miszewku i Przodkowie, Pomieczynie, Łebnie i Łęczycach, Ciechomiu, Kostkowie, Lęborku...
-------------------------------------------------------------------------------------
Muzeum Stutthof zwiedzałam dwa razy. Pierwszy raz jako uczennica ze szkolną wycieczką. Drugi raz jako nauczycielka z moimi uczniami ówczesnych klas VII i VIII w ramach cyklu lekcji języka polskiego. I choć to wiele lat temu, dobrze pamiętam niektóre reakcje. Należy pamiętać, że były to reakcje nastolatków z połowy lat 90.

Podczas całej trasy zwiedzania przeważała cisza, chciałoby się powiedzieć „martwa” cisza i uwagi wypowiadane półgłosem. Ale kiedy minęło pierwsze onieśmielenie, padały różne pytania do przewodnika. Młodzież była ogromnie zbulwersowana faktem, że oficerowie z rodzinami (dzieci) i strażnicy mieszkali zaraz za murem, a nawet w obrębie obozu, tym, że ich to nie krępowało, nie przeszkadzało.

Wielkie wrażenie zrobiła szubienica i studnia, nikt nie podszedł blisko, wszyscy przyglądali się z daleka. W krematorium cisza jak w kościele, dopiero kiedy oczy oswoiły się z mrokiem, młodzież rozeszła się po obszernym pomieszczeniu, przyglądała się z niedowierzaniem piecom krematoryjnym, próbując „przymierzyć się” do noszy. Przy tej okazji ktoś nawiązał do Grudnia’70 mówiąc, że w krematorium szpitala Marynarki Wojennej w Oliwie palono ciała zabitych stoczniowców.

Łaźnia – to pomieszczenie i jego nazwa spowodowało największe zamieszanie, gdyż każdy miał w pamięci swoją domową łazienkę i jej przeznaczenie. Lekarz także kojarzył się dzieciom z ratowaniem życia, nie ze „szpilowaniem”.

Obchodziliśmy teren obozu, dzień był ciepły i słoneczny. Przewodnik zwrócił uwagę uczniów na mokre płyty chodnika, którym szliśmy. Młodzież umiała to zjawisko wyjaśnić, resztę dopowiedział przewodnik. Podeszliśmy do bryły pomnika, w którym za szybami umieszczony jest popiół  z krematoriów. W szarej masie tkwią gdzieniegdzie jaśniejsze kawałki kości.

Widziałam, że to potężna i wystarczająca dawka dla młodzieży. Szliśmy do autobusu w ciszy, a kiedy wreszcie odjechaliśmy z tego miejsca, dzieci musiały to odreagować.

Z jakim wzruszeniem i jakże pełniej po tym doświadczeniu uczniowie odbierali treść wiersza T. Różewicza „Warkoczyk”:

Kiedy już wszystkie kobiety
z transportu ogolono
czterech robotników miotłami
zrobionymi z lipy zamiatało
i gromadziło włosy

Pod czystymi szybami
leżą sztywne włosy uduszonych
w komorach gazowych
w tych włosach są szpilki
i kościane grzebienie

Nie prześwietla ich światło
nie rozdziela wiatr
nie dotyka ich dłoń
ani deszcz ani usta

W wielkich skrzyniach
kłębią się suche włosy
uduszonych
i szary warkoczyk
mysi ogonek ze wstążeczką
za który pociągają w szkole
niegrzeczni chłopcy
----------------------------------------------------------

Przydatne linki: "Ciemności skryją ziemię."
Uwaga! Film dla dorosłego i odpornego widza!


http://stutthof.org/historia - strona Muzeum KL Stutthof

Eksponat muzealny


piątek, 31 lipca 2015

Swornegacie




Ha! Wbrew pozorom nazwa ta nie ma nic wspólnego z „gaciami” czyli majtasami. Cóż ona oznacza? Profesor Edward Breza tak ją objaśnia:

Pochodzi ona od zestawienia, potem zrostu staropolskiego przymiotnika sworny, sworna, sworn i rzeczownika gać. Przymiotnik sworny należy do najstarszej polszczyzny i znaczył „zgodny, zwarty”. Należy do tej samej rodziny etymologicznej, co np. wyrazy: zwierać, łączyć, zawierać, sworzeń, rozwora, zwora, zwornik.

Rzeczownik gać znany jest także dzisiejszej polszczyźnie, oznacza 1. „materiał służący do gacenia”, 2. „groblę z faszyny lub drzewa”, a odpowiedni dla niego czasownik gacić znaczy 1. „uszczelniać, opatrywać budynek dla ochrony przed zimnem przez okładanie ścian mchem, słomą, liśćmi”, 2. „naprawiać, robić groblę, tamę”. W nazwie Swornegacie chodzić będzie o to drugie znaczenie rzeczownika tj. o znaczenie „tama, grobla” i czasownika „robić groblę, tamę”.

Nazwa Swornegacie pochodzi od wcześniejszej formy Swornagać i oznaczała w chwili powstawania „zwartą tamę”. Dla miejscowości położonej nad Brdą między jeziorami nazwa taka była bardzo odpowiednia.

Tak więc Swornegacie to nazwa wsi malowniczo położonej nad Jeziorem Karsińskim w dzisiejszym powiecie chojnickim. Jak wszędzie na Kaszubach, tak i w Swornegaciach można przyjemnie wypocząć, a każdy, kto uczestniczył w kajakowych spływach rzeką Brdą, z pewnością tam trafił.

Jednak nie o pięknie Kaszub, a o pewnym bohaterze powstania warszawskiego, jest ta krótka notka. Cóż może mieć wspólnego z powstaniem warszawskim mała wieś o dziwacznej nazwie? Tu, w Swornegaciach, w majowy dzień 1914 roku na świat przyszedł Joachim Joachimczyk, w przyszłości powstaniec, fotograf.

Kim byli jego rodzice? Czy miał rodzeństwo? Skromna notka biograficzna nie podaje tych informacji. W 1935 roku przeniósł się do Gdyni. Miał wówczas 21 lat i z pewnością szukał ciekawszego zajęcia, niż uprawa niewdzięcznej, piaszczystej kaszubskiej roli. Praca w porcie i życie w budującym się mieście dawały szanse na rozwój i inwestowanie w siebie, jak mówimy dziś.

Walczył w kampanii wrześniowej jako podporucznik w 16. Pomorskiej Dywizji Piechoty. Biografia nie wspomina, jak to się stało, że ppor. Joachimczyk po klęsce wrześniowej trafił do Warszawy. Jako fotoreporter Referatu Fotograficznego Biura Informacji i Propagandy KG Armii Krajowej ps. „Joachim” fotografował powstanie w Śródmieściu, na Powiślu i Czerniakowie. Po klęsce powstania klisze i odbitki ukrył w domu przy Alei Róż.

Ppor. Joachimczyk podzielił los setek żołnierzy AK i został wywieziony do Sandbostel (Stalag XB). Uciekł podczas transportowania jeńców do innego obozu, maszerował przez Niemcy do kraju, aż w listopadzie 1944 roku znalazł się znowu w Gdyni. Tu alianci skorzystali z jego umiejętności fotografowania objektów wojskowych.

Po zakończeniu działań wojennych J. Joachimczyk mógł pojechać do Warszawy szukać swoich zdjęć. Odnalazł, niestety, tylko ich niewielką część. Fotografie, których był autorem, krążyły po Polsce i żyły własnym życiem. Aż do 1979 roku nie potrafiono zidentyfikować osoby o pseudonimie „Joachim”. Kto wie choć trochę o tym, jakie życie mieli w „wyzwolonej” Polsce byli żołnierze AK, ten nie zada pytania, dlaczego Joachimczyk nie chwalił się swoimi zdjęciami.

Ten wielki Polak urodzony na Kaszubach zmarł 4 maja 1981 roku w wieku 67 lat.

------------------------------------------

Inne linki:


http://www.sppw1944.org/powstanie/powstanie_oboz.html losy powstańcow warszawskich po wojnie

https://pl.wikipedia.org/wiki/Stalag_X_B stalag XB Sandbostel k/Bremy



  

sobota, 19 lipca 2014

Warta honorowa

Nie tak dawno opinia publiczna została zbulwersowana informacjami o wstrzymaniu prac poszukiwawczych Żołnierzy Wyklętych prowadzonych na cmentarzu na Służewie przez zespół profesora Krzysztofa Szwagrzyka. Z dość dziwnych i niejasnych powodów, posługując sie pretekstem, Instytut Pamięci Narodowej doszedł do wniosku, że najwłaściwszym organem do prowadzenia śledztwa nie jest IPN (sic!), a prokuratura powszechna. Szkielety, które udało się wydobyć grupie archeologów, zostały przejęte przez zakład pogrzebowy.

Czy może to oznaczać, że nie odbędą się poszukiwania szczątków Danusi Siedzikówny – „Inki” i Feliksa Selmanowicza – „Zagończyka” zapowiadane przez prof. Szwagrzyka na sierpień br. na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku?

Dlaczego Żołnierze Wyklęci tak długo nie mogą doczekać się imiennych mogił, a my, Polacy, oddania należnych Im honorów?

Tekst napisałam dokładnie rok temu. W warstwie historycznej oparty jest na prawdziwych wydarzeniach we wsi Stara Kiszewa na Pomorzu Gdańskim.


Warta honorowa




Odwiedziła go młodsza siostra. Cieszył się, że razem spędzą ten wieczór. W oczekiwaniu na Teatr Telewizji Bogdan bawił się pilotem. Z niepokojem oczekiwał spektaklu. Wracały strzępy zasłyszanych w dzieciństwie rozmów rodziców, fragmenty szkolnych opowiadań i harcerskich gawęd. Przypominał sobie swą pierwszą w życiu harcerską wartę honorową i nagle to irracjonalne, swędzące uczucie niepokoju przyjęło postać dziewczyny o imieniu Inka...

...Rodzeństwo w milczeniu wpatrywało się w wygaszony ekran telewizora. Słowa "Inki" - Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba... długo brzmiały im w uszach.

-------------------------------------------------------

Stara Kiszewa – bogata w historię wieś, malowniczo położona na ubogich glebach pogranicza Kaszub i Kociewia. Ludzie mówią tu po swojemu, nie wiedząc pewnie wcale, że ich mowa to poddialekt wysińsko-kiszewski. Niemal środkiem wsi leniwie płynie wąska, miejscami zdradliwa Wierzyca – lewy dopływ Wisły. Wije się wśród łąk, zakolami podbiega pod zwisające witki płaczących wierzb, obmywa z pluskiem trzcinowe chaszcze, wrzyna się w pola uprawne. Latem nad rzeką rozbrzmiewają wesołe głosy młodych ludzi, zmywających kurz po robocie w polu.

Teraz przez wieś biegnie droga asfaltowa. Wreszcie i tu dotarły długo zapowiadane i obiecywane przez partię i rząd postęp i nowoczesność! Boguś kręcił się z kolegami pomiędzy robotnikami, którzy wygładzali cuchnące piekielną smołą czarne mazidło, biegał w tę i z powrotem obok walca poruszającego się ruchem wahadła po nowej, ślicznej, pachnącej obietnicą wypraw w daleki świat, błyszczącej nawierzchni.

---------------------------------------

Wtedy do wsi i ze wsi prowadzila droga bita, tylko w centrum utwardzona kocimi łbami. Na bruku ślizgały się końskie kopyta, zgrzytały nieogumione koła wozów gospodarzy, podskakiwały wojskowe łaziki i ciężarówki, dzieci rozkrwawiały kolana.

W wielkiej sali, która pełniła rolę świetlicy, w domu należącym do pana Banacha, w niedzielny wieczór 19 maja 1946 roku miejscowy teatr amatorski dawał przedstawienie. Po spektaklu miała być potańcówka, więc sala była wypełniona. Nagle, wraz z początkiem II aktu, przedstawienie zostało przerwane. Do sali wtargnęło ponad 20 uzbrojonych mężczyzn w mundurach. Za nimi stanęła drobna dziewczyna z torbą medyczną i widocznym znakiem czerwonego krzyża na rękawie. Inni żołnierze otoczyli zabudowania. Był to 2. szwadron V Brygady Wileńskiej AK ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego” wraz z Danką Siedzikówną ps. „Inka”, sanitariuszką.

„Żelazny” stanął przed sceną i zapytał, czy jest na sali naczelnik poczty. Pan Dybowski wystąpił. Jeden z żołnierzy kazał mu prowadzić się na pocztę, miał odłączyć aparat telefoniczny. Porucznik wywołał wójta, sołtysa, członków milicji i PPR-u oraz urzędników UB. Wszyscy stanęli przed młodziutkim dowódcą. Miejscowi wskazali też ubeckiego kapusia. Zaczęto legitymować zatrzymanych.

Tymczasem pod salę Banacha podjechali urzędnicy NKWD i UB z Kościerzyny, zaalarmowani doniesieniami o zuchwałych akcjach „Żelaznego”, który tej jednej niedzieli, zanim dotarł do Starej Kiszewy, rozbroił posterunki MO w sześciu pobliskich wsiach, zdobywając wiele sztuk broni i kilka tysięcy sztuk amunicji! Przerażenie Rosjanina i towarzyszących mu Polaków nie miało granic. Również oni zostali zatrzymani.

„Żelazny” puścił wolno cywilnych urzędników gminy, członków partii i milicjantów. Ubowców i enkawudzistę wraz z kierowcą wyprowadzono na zewnątrz i rozstrzelano jako przedstawicieli policji politycznej obcego państwa. W ręce partyzantów wpadli: doradca szefa UB w Kościerzynie lejtnant NKWD Piotr Szindzin (Szyniedzin), komendant miejscowej placówki UB Jerzy Fajer, pracownicy UB - Zygmunt Mastalerz i Michał Safian, szofer Władysław Getczes (Geczasz) i ubecki konfident Jan Kujach.

----------------------------------

Mimo zimna i siejącego z ukosa drobnego deszczyku, Boguś prężył się w swoim nowym harcerskim mundurku. Był dumny. Stał na warcie. Nie tak dawno wstąpił do drużyny, a już drużynowy wybrał go do tego zaszczytu. Dziś w całej wsi wielkie poruszenie i święto – wreszcie ukończono nową szkołę, Tysiąclatkę! Uroczystość zgromadziła wielu mieszkańców całej gminy przed budynkiem Urzędu Gminy. Takie święto nie mogło obyć się bez gości, toteż przybyli przedstawiciele władz partyjnych i państwowych z powiatu, chyba też ktoś z województwa, z Kuratorium Oświaty. Wszyscy będą patrzeć na niego, może nawet będzie na zdjęciu w gazecie?

Nazwiska działaczy Polski Ludowej, którzy zginęli w obronie ojczyzny tu, w jego rodzinnej wsi, zamordowani przez bandytów od „Łupaszki”, Boguś i wszyscy uczniowie znali na pamięć. Przed każdym świętem państwowym uprzątali śmieci i porządkowali niewielki teren wokół kamienia, do którego była przytwierdzona tablica z informacją.

Przysłuchując się przemówieniom, Boguś chłonął historię męczeństwa i bohaterstwa Rosjanina i Polaków zamordowanych bestialsko przez bandytów z lasu i ich rzekomą sanitariuszkę, „krwawą Inkę”, która własnoręcznie strzelała w plecy bohaterów, usiłujących wyrwać się z rąk jej kolegów – akowskich oprawców. Zezłościło go bardzo to, co usłyszał o sanitariuszce, a to dlatego, że jego młodsza siostrzyczka miała na imię Inka. Naprawdę Ewelina, ale mama wołała ją tym, od dziś nienawistnym, imieniem.

Stojąc tak w deszczu druh Boguś zastanawiał się, czy zastrzelony i zostawiony przy drodze Jan Kujach to może krewny tego Kujacha, który mieszka w sąsiedniej wsi i naprawia buty? Nikt też nigdy mu nie odpowiedział, dlaczego jedno z nazwisk na tablicy pamiątkowej jest ruskie. Myślał, kogo mógłby o to zapytać, kto może pamiętać.

W domu spytał mamę, ale zamiast odpowiedzi oberwał ścierką i usłyszał zapowiedź, że jeżeli jeszcze raz będzie się tak głupio pytał, to mu ojciec odpowie. Boguś wiedział, co to znaczy. Nie próbował dociekać.

-----------------------------------------

* „Inka” została skazana na śmierć przez sędziego majora Adama Gajewskiego z oskarżenia prokuratora Wacława Krzyżanowskiego. Oskarżany w wolnej Polsce o udział w zbrodniach komunistycznych, został dwukrotnie uniewinniony.

* Prośbę do „Obywatela Prezydenta” Bieruta o ułaskawienie w imieniu Siedzikówny napisał jej obrońca z urzędu adwokat Jan Chmielowski. Dziewczyna odmówiła podpisania prośby.

* Wyrok śmierci został wykonany rankiem 28.08.1946 r. w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku. Dziesięcioosobowy pluton egzekucyjny chybił. Danuta Siedzikówna „Inka” oraz Feliks Selmanowicz „Zagończyk” zostali zastrzeleni strzałami w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego podporucznika Franciszka Sawickiego.

* Ciała „Inki” i „Zagończyka” zostały pochowane w nieznanym miejscu.

* W 1991 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał wyrok śmierci na „Inkę” za nieważny.

* 11.11.2006 r. „Inka” została pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta”.

---------------------------------------





-----------------------------------

Wiele informacji zawarłam w aktywnych linkach. Poza tym korzystałam z publikacji pt. Pogranicza. Stara Kiszewa, Ośrodek KARTA, 2013, s.235-238.

Z ostatniej chwili, 5 marca 2015 r.

Grupa archeologów, którym przewodzi prof. Szwagrzyk, odnalazła prochy bohaterskiej nastolatki - Danuty Siedzikówny - Inki.

Cześć jej Pamięci!

Cześć i chwała bohaterom!

z Telewizji Polonia, program "Krótka historia" - fragment dokumentu o grupie "Żelaznego" działającego na terenie gminy Stara Kiszewa