Translate

niedziela, 28 stycznia 2018

Oświadczenie Instytutu Pamięci Narodowej


28 stycznia 2018 r. 

Podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz, Ambasador Izraela Anna Azari zaapelowała o zmianę w przyjętej przez Sejm nowelizacji wprowadzającej m.in. kary za sformułowanie „polskie obozy śmierci”.

Instytut Pamięci Narodowej uważa za niestosowną ingerencję ambasady innego państwa w nowelizację ustawy, która jeszcze nie została uchwalona. Słowa dyplomaty są tym bardziej zastanawiające, że zostały wypowiedziane w Polsce, która jako pierwsza padła ofiarą niemieckiego okupanta. W obozie Auschwitz początkowo osadzano Polaków, ostatecznie stał się miejscem zagłady przede wszystkim Żydów. Podczas II Wojny Światowej zginęło blisko 6 milionów obywateli polskich, z których połowa była polskimi Żydami, a połowa etnicznymi Polakami.

Przez kilkadziesiąt ostatnich lat Polska była wielokrotnie szkalowana i ukazywana jako wspólnik Hitlera, dlatego obrona dobrego imienia naszego narodu przed stwierdzeniami, które nie mają nic wspólnego z prawdą historyczną, wydaje się sprawą oczywistą i konieczną. Wcześniej ta obrona była nieskuteczna, a stanowisko polskich władz nie zawsze było dostrzegane w przestrzeni społecznej i medialnej.

Instytut Pamięci Narodowej pragnie podkreślić, że nowelizacja ustawy o IPN nie ogranicza badań naukowych i wolności słowa, walczy jedynie z celowym zakłamywaniem historii, bezczeszczeniem pamięci o ofiarach i hańbieniem żyjących więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych.

Przepisy dotyczące kar za kłamstwa historyczne obowiązują również w innych krajach, polska reakcja w tej kwestii nie jest niczym wyjątkowym.

Zarzuty wobec Polaków dotyczące okresu II Wojny Światowej, jeśli będą dobrze udokumentowane, nie spotkają się z sankcjami prawnymi. Ustawodawca, Ministerstwo Sprawiedliwości, chce jedynie zapobiec wypowiedziom osób, które umyślnie, publicznie i wbrew faktom przypisują narodowi polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne.

Dla Instytutu Pamięci Narodowej walka z kłamstwami o „polskich obozach śmierci” jest szczególnie ważną misją. W zeszłym roku IPN upublicznił listę nazwisk załogi niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau i należy podkreślić, że żadna z tych osób nie była Polakiem. To Niemcy jako państwo ponoszą odpowiedzialność za zbrodnie popełniane w obozach koncentracyjnych.


Lista nazwisk załogi niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau:


W reakcji na szkalowanie narodu polskiego i publikowanie kłamstw historycznych, IPN stworzył anglojęzyczny portal „Prawda o niemieckich obozach śmierci” („Truth about german camps”). Przedstawianie Polaków jako wspólników Hitlera jest przestępstwem i trzeba to zdecydowanie piętnować, przedstawiając fakty.

Anglojęzyczny portal: „Prawda o niemieckich obozach śmierci” („Truth about german camps”):


W tym celu IPN wydał również nowy numer Biuletynu „Niemcy ludziom zgotowali ten los”, poświęcony niemieckim zbrodniom w obozach koncentracyjnych. Autorzy artykułów opisują m.in., jak w niektórych krajach pamięć o tej mrocznej karcie historii zaciera się, szczególnie wśród młodego pokolenia.






wtorek, 21 listopada 2017

Dokończenie

Dokończenie


1. Nasza bokserka zestarzała się. Posiwiała, schodzenie ze schodów sprawiało jej coraz więcej trudności i nie była już tak skora do zabawy. Zbyt późno zorientowaliśmy się, że dolegliwości naszej Piesuni mogą być tak groźne. Rak śledziony. Trzy krwawiące do wewnątrz guzy. Operacja? Tak, jednak rokowania na potem nie są dobre – najwyżej kilka miesięcy życia bez gwarancji polepszenia jakości życia. Lekarka nie pozostawiała złudzeń – jeśli nie zdecydujemy się natychmiast na operację, sunia będzie żyła najwyżej kilka dni. Nie byliśmy gotowi na rozstanie, ale też nie chcieliśmy przedłużać psiej męki tylko dlatego, że trudno nam się z nią rozstać. Między nami wyrosło nowe słowo – euthanasia.

2. Po powrocie z lecznicy ugotowałam rybę, którą zjadła ze smakiem. Dobry apetyt zawsze objawiał się wielkim mlaskaniem i chlapaniem śliną dokoła. Tak było i teraz. Patrzyliśmy, jak je, ze smutną świadomością, że jest to jej ostatni posiłek i ostatnie chwile z nami. Popołudnie było słoneczne i ciepłe, więc Pan wyniósł ją na trawę, chcąc ostatni raz zaznać tego, co tak bardzo oboje lubili – leżeć bok w bok na chłodnej, pachnącej trawie.

3. Noc przespała w nogach naszego łóżka, jak to często robiła. Kiedy się obudziłam, oddychała ciężko i patrzała na mnie oczami pełnymi bólu. Podałam jej miskę z wodą, miała zaschnięte śluzówki i z wyraźnym zadowoleniem zanurzyła sztywny jęzor w chłodnym płynie. Piła leżąc, bo nie była w stanie utrzymać się na nogach. Nadszedł jej czas.

4. Na tylnym siedzeniu samochodu rozłożyliśmy koc. Lubiła jeździć. Usiadłam przy niej, a ona położyła głowę na moich kolanach, czego nie robiła nigdy przedtem. Ruszyliśmy drogą na północ. Po kilku minutach zorientowała się, że jedzie w nieznane. Zaniepokoiło ją to, zaczęła się niespokojnie kręcić, ale szybko się zmęczyła, więc przytuliła się do mnie i tak dojechaliśmy do niskiego budynku z napisem Emergency Animal Hospital.

5. Pan wziął ją na ręce i weszliśmy do jasnego, przestronnego hallu pełnego obcych, budzących niepokój, zapachów. Przywitała nas pani w białym fartuchu. W kilku zdaniach wyjaśniliśmy cel wizyty. Uzgodniliśmy, że chcemy być przy niej do ostatniej chwili. Lekarka wzięła ją na ręce i odeszła długim korytarzem. Piesunia nie protestowała. Tymczasem my załatwialiśmy formalności.

6. Poszliśmy tym długim korytarzem z drzwiami do tajemniczych pomieszczeń po jednej stronie. Weszliśmy do oświetlonego pokoju, przypominającego wystrojem zwykłe mieszkanie. Stała tam kanapa, fotel, pod ścianą stolik z zapaloną lampką, na ścianach jakieś obrazki, w kącie wysoka roślina. Ale to wszystko mój umysł zarejestrował chwilę później, bo najpierw zobaczyłam stojący pośrodku pokoju wózek na kółkach, a na nim, na brązowym pluszu, który doskonale zlewał się z barwą jej sierści, naszą kochaną psinkę.

7. Leżała w swojej ulubionej pozycji z jedną łapką przy kufie. Z bandaża wystawał wenflon. Zawołałam ją po imieniu, ale nie zareagowała na mój głos tak jak zawsze, lecz podniosła tylko lekko brodę i oczy i zaraz głowa opadła na łapkę. Sunia otrzymała już lek przeciwbólowy i drugi zwiotczający mięśnie. Pani weterynarz dyskretnie wycofała się, dając nam czas na pożegnanie. Po chwili podeszła ze strzykawką. Zrozumieliśmy. Głaskałam Piesunię delikatnie, gdy nagle jej króciutka sierść zesztywniała, uniosła się pod moimi palcami i już nie opadła…

8. Po powrocie z kliniki długo siedzieliśmy w samochodzie. Nie mieliśmy odwagi wejść do domu. Zostało tam wszystko: posłanko, ulubiony wełniany kocyk, zabawki, miska z wodą, resztka karmy w schowku pod schodami, na klamce smycz z obróżką. I tylko jej nie było.






środa, 1 listopada 2017

moim umarłym...




moim umarłym


lgną do rąk wilgotne grudki modlitwy
czas
spływa słoną kroplą

zamknięta w zniczu drży tęsknota
jutro
obróci się w proch

w rozpadlinie pamięci wciąż trwa
wiśniowa gorzka woń tytoniu
spinka i pióro wiecznie ciemnozielone

przyjdę do was jak każe obyczaj
na chłodnej ławce przysiądę przed drogą
ostatni raz


grudzień 2012 r.




poniedziałek, 19 czerwca 2017

Wakacje!



Oto opowieści dziwnej treści na zetlałej kartce kopiowym ołówkiem spisane, w wiklinowym koszu na strychu starego domostwa znalezione... Czy prawdziwe? Czy zmyślone?

------------------------------------------------

Zbliżał się koniec roku szkolnego. Pamiętacie ten jedyny w życiu zapach lata, wakacji i swobody? Ale zanim ten błogi czas dla dzieci – uczniów wiejskiej szkółki – nastał, musiały się one wywiązać z nałożonego przez Pana Kierownika zadania zapewnienia rybkom ze szkolnego akwarium odpowiedniej ilości planktonu. Po rozwielitki i inne żyjątka chodziło się na nieodległe torfowiska, w miejscowym narzeczu zwane „kule torfowe”, czyli miejsca po wykopanym torfie. Wypełnione były one wodą, w której żyło mnóstwo tych strasznych stworzeń.

Po rozdaniu świadectw Pan Kierownik wyznaczył mnie i Jóźka – kolegę ze starszej klasy – do wykonania zadania. Byłam przerażona! Nie żebym miała coś przeciwko Jóźkowi, nie, ale te torfowiska! Bałam się, że grząskie łąki nagle zapadną się i pochłoną mnie na zawsze i bez śladu. Żadne wykręty jednak nie wchodziły w rachubę. Zaraz po rozdaniu świadectw Pani Kierownikowa wręczyła nam słoiki z podziurkowanymi pokrywkami i pomaszerowaliśmy.

Idziemy więc tymi pięknymi, czerwcowymi łąkami, oczywiście na bosaka. Łąki pachną oszałamiającym zapachem skoszonej trawy i ziela. Nałapaliśmy paskudztwa i wracamy, a Józiek wciąż przechwala się swoim pobytem w szpitalu powiatowym i to na chirurgii, bo rękę złamał. No i miał ją nawet jeszcze w gipsie albo co najmniej na temblaku, dokładnie już nie pamiętam, bo to ze sto lat temu było! Gadał tak i gadał o tym szpitalu i w dodatku o jakiejś fajnej dziewczynce z sąsiedniej sali, a we mnie złość rosła, trochę dlatego, że to nie ja jestem tą dziewczynką, ale przede wszystkim dlatego, że nigdy nie byłam w szpitalu i nigdy nawet palca nie miałam złamanego! Okropnie mu zazdrościłam.

Wreszcie miałam dość tych jego przechwałek. W pewnej chwili spostrzegłam, że na mojej drodze leży zemsta! Józiek był tak przejęty swoją opowieścią, że zupełnie nie zwracał uwagi na... piękno przyrody, leżące tuż przed jego stopami. Mogłam go spokojnie naprowadzać na cel. Efekt był piorunujący! Byłam wyrośniętą dziewczynką, nogi miałam długie. A Józiek? Cóż, z ręką w gipsie i nogą w krowim placku biegł wolniej!

------------------------------------------------
 Wesołych wakacji!


















ołówek kopiowy







wtorek, 25 kwietnia 2017

Katyn Memorial in Baltimore


Katyn Memorial in Baltimore (fot.własna)
W nowej dzielnicy jednego z najstarszych miast Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych – Baltimore – w Harbor East – pośrodku niewielkiego ronda między ulicami Felicia, President i Aliceanna, przed reprezentacyjnym hotelem Marriott stoi niezwykły monument. Nie jest wielki, raczej trzeba go wypatrywać pomiędzy wieżowcami, lecz ściąga wzrok olśniewającym blaskiem złota, unikalną formą, a przede wszystkim dedykacją. Na granitowym obramowaniu fontanny wybija się jedno słowo i jedna data: KATYŃ 1940.

Dzieje powstania tego pomnika powinny być znane Polakom, a Osoba pomysłodawcy otoczona szacunkiem.

Oficer armii amerykańskiej, major Clement A. Knefel po zakończeniu II wojny światowej stacjonował w Niemczech w amerykańskiej strefie okupacyjnej. O masakrze w Katyniu dowiedział się podczas Procesu Norymberskiego. Wstrząśnięty kaźnią oficerów (jeńców wojennych – POW) sojuszniczej polskiej armii w katyńskim lesie, powziął myśl o ufundowaniu im w swoim rodzinnym mieście tablicy pamiątkowej.

Po przejściu na emeryturę rozpoczął realizację projektu. Początkowo nie zwrócił się do żadnej instytucji ani nie szukał „sponsora” dla swej idei. Uważał, że sam jest im to winien.

Czy łatwo jest nam, Polakom, wyobrazić sobie starszego pana, weterana II wojny światowej, Amerykanina w mundurze z medalami, który na polskim festynie w Paterson Park, przy stoliku pod parasolem sprzedaje lemoniadę i sandwicze własnoręcznie przyrządzone? Czy łatwo nam uzmysłowić sobie, jakie wrażenie na baltimorzakach, co nie zaznali wojny w swoim kraju, robiła opowieść żołnierza o tej masakrze?

Po dziesięciu latach samotnego kwestowania wśród różnych organizacji, gdy zobaczył, że jego wysiłek przynosi niewielki efekt, major Knefel zwrócił się o pomoc do marylandzkiego Oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej. Zainicjował powstanie Komitetu Katyńskiegoktórego został pierwszym przewodniczącym, a honorowe przewodnictwo objęła Barbara Mikulski – baltimorzanka polskiego pochodzenia, senator z Partii Demokratycznej, dziś już na emeryturze.

Ówczesne władze miasta na czele z prezydentem Kurtem Schmoke zdobyły się na hojny gest: ofiarowały teren i przygotowały go pod pomnik. Z pomocą finansową pośpieszył urząd Gubernatora Stanu Marylandgmina żydowska i inne związki wyznaniowe oraz prawdziwe rzesze prywatnych darczyńców, głównie z Polonii.

Monumentalną wizję pomnika stworzył, znany w Stanach Zjednoczonych z licznych dzieł ilustrujących historię Polski, artysta Andrzej PityńskiRzeźba wyobraża bijący ku niebu płomień, w który wkomponowane są istotne dla naszej historii postacie i symbole. Model pomnika otrzymał na pamiątkę Ojciec Św. Jan Paweł II podczas wizyty w Baltimore w 1995 roku.

W październiku 1996 r. uroczystość poświęcenia miejsca pod monument i wmurowania urny z ziemią z katyńskich dołów zgromadziła, oprócz oficjalnych przedstawicieli Ambasady RP, Komitetu i Strony amerykańskiej, także mieszkańców miasta i liczną Polonię. Poświęcenia ziemi dokonał kapelan Rodzin Katyńskich, ks. prałat Zdzisław Peszkowski, który we wzruszających słowach opowiedział o tragedii polskich oficerów a także o czasie PRL-owskiego zniewolenia, kiedy prawda o Katyniu żyła „w podziemiu”.

Na odsłonięcie pomnika przyszło jednak poczekać. Wykonanie odlewu zlecono Gliwickim Zakładom Urządzeń Technicznych. Niektóre elementy pomnika zamawiane były we Francji, Anglii, Niemczech, a nawet w Australii. Dzieło dotarło do portu Baltimore z opóźnieniem. Organizatorzy ponownie ustalali termin odsłonięcia pomnika, dogodny dla wszystkich gości, z tego powodu główna uroczystość odbyła się dopiero 19 listopada roku 2000, w dzień słoneczny, lecz zimny i bardzo wietrzny.

Katyn Memorial in Baltimore (fot. własna)
Wtedy wokół bijącego blaskiem złota pomnika nie było jeszcze tych pysznych wieżowców, które wyrosły od tamtej niedzieli. Przenikliwa bryza znad zatoki Chesapeake rozwiewała tumany czerwonej ziemi, wdzierała się pod płaszcze, targała sutanny i wstążki na polskich strojach regionalnych, wyciskała łzy z oczu. Całe szczęście, bo nie trzeba było udawać, że to jakiś paproch wpadł pod powiekę...

Wśród zaproszonych gości nie mogło, niestety, być człowieka, od którego wszystko się zaczęło. Major Clement Knefel zmarł w 1998 roku i nie zobaczył imponującego efektu swej skromnej inicjatywy. Ten amerykański weteran jest na pewno polskim patriotą i należy mu się nasza wdzięczna pamięć.

A pomnik nie tylko zdobi, ale żyje własnym życiem. Zaczyna upowszechniać się zwyczaj składania tam wiązanek ślubnych, a w kwietniu każdego roku odbywają się w tym miejscu uroczystości rocznicowe. Od 2011 roku także związane z katastrofą smoleńską.




środa, 22 lutego 2017

Wariacje na zielono



Z sałaty „lodowej” można wyczarować tyle różnorodnych sałatek, ile dusza zapragnie.

Oto mój pomysł na zieloną sałatkę, doskonałą jako przystawka do mięsa lub mały przysmak przed snem dla tych, którzy – tak jak ja – nie zasną z pustym żołądkiem.

Wszystkie składniki mieszamy w proporcjach „na oko”, zależą one od ilości zapasów w lodówce i indywidualnych upodobań smakowych.

Sałata jest warzywem delikatnym. Moja mama, która smacznie gotowała, nigdy do przyrządzania sałaty nie używała noża. Starannie opłukane liście sałaty rwała, usuwając grubsza łodyżkę, dającą gorzkawy smak.


Delikatne liście umieściłam w szklanej salaterce. Dodałam pokrojony w cienkie plasterki ogórek sałatkowy, posypałam szczypiorkiem. Dodałam pozostałe ze śniadania pokrojone na ćwiartki małe pomidorki. Ponieważ ostatni plasterek cytryny zużyłam do porannej herbaty, sięgnęłam po owoce kiwi. Żeby kompozycja smakowa była pełna (kwaśne/słodkie) sałatę uzupełniłam o pokrojone cząstki mandarynek. Oprószyłam świeżo zmielonym pieprzem. Zamiast któregoś z gotowych sosów do sałatek (które są bardzo kaloryczne) użyłam oleju sałatkowego i leciutko wymieszałam składniki. Kto lubi, może naturalnie stosować oliwę, których wielką różnorodność znaleźć można na sklepowych półkach. Sól dodałam tuż przed podaniem, bo wyciąga ona wilgoć z warzyw i po dłuższym czasie wyglądają one niezwykle nieapetycznie.

Aby uzyskać pełne walory smakowe (miękkie/twarde) i odżywcze, dobrze jest posypać całość grzankami lub orzechami włoskimi. Moja sałatka jest ich pozbawiona, bo wyjadłam je poprzedniego dnia L


Smacznego!


poniedziałek, 21 listopada 2016

Jesień


pory roku – jesień

[Platany plotą plotki...]



Platany plotą plotki z cicha,
Że Ktoś z daleka widział Jesień
Odzianą w płaszcz z jesiennych liści
Utkany w kolorowy deseń.

Wiatr zwietrzył Zimę od zawietrznej,
Szarugę, słotę ciągnie z dali,
Gorący napój miesza w kubku,
Zlizuje konfiturę z malin.

To babcia Zosia ją mieszała,
Cierpliwie, cicho i z zapałem,
By wystarczyło jej na zimę,
Gdy przyjdzie walki czas z katarem.

Platany plotą plotki z cicha,
Że ktoś w kominku ogień pali 
I przy tym ogniu grzeje serce
Słuchając świstu wiatru z dali...



pisane w N. 19 stycznia 2014 r./ 21 listopada 2016



Platany plotą plotki...



poniedziałek, 12 września 2016

Zapomniany bastion. Post Scriptum


Na dwa dni przed 77. rocznicą wybuchu II wojny światowej odwiedziłam Westerplatte. Efekty wizyty starałam się przedstawić jak najmniej emocjonalnie w notce „Zapomniany bastion.”

Ruiny Wartowni Nr 3
fot. własna

Jak pewnie większość moich rodaków mam stosunek emocjonalnie pozytywny do tego miejsca. Nie mogę jednak przejść do porządku dziennego nad tym, co tam zobaczyłam: już nie niedofinansowanie, a nędzę bijącą z każdego zakątka, brak dbałości o właściwą prezentację znajdujących się tam eksponatów, niezauważanie, ba! lekceważenie potrzeb zwiedzających.

My, Polacy, lubimy się szczycić naszą tysiącletnią historią, bohaterstwem obrońców wolności ojczyzny, wskazywać na męczeństwo przodków. Zgoda, mamy powody do dumy. Czasem jednak z niejaką pobłażliwością, a nawet wyższością odnosimy się do tych narodów, które nie mają tak bogatej historii. Ale lubimy wzorować się na innych i często słyszę frazę: „na wzór Niemiec, Danii…”, „tak jak w innych krajach Europy…”, „jak w Stanach...”

Akurat Stany Zjednoczone są dobrym przykładem dbałości o miejsca historyczne, mają ich bowiem tak niewiele, że jeśli już uznają coś za warte zachowania, to czynią to z niezwykłym pietyzmem i poszanowaniem najdrobniejszego szczegółu. Jako przykład podam pole bitwy pod Gettysburgiem. Zwiedzałam, widziałam. I zazdrość bierze.

Dlaczego na Westerplatte nie zaznaczono miejsca, gdzie pierwotnie stała Wartownia nr 1? Dlaczego brak informacji o jej przeniesieniu? Na czyje polecenie? Jakie były powody tej decyzji? Kto tego dokonał? Była to w końcu ingerencja w historyczne miejsce bitwy.

Dlaczego nie zostały opisane w terenie miejsca najcięższych walk? Westerplatte nie jest aż tak rozległe, żeby nie można było zaplanować rozsądnej trasy zwiedzania.

Dlaczego nie ma tam żadnej makiety terenu? Gdyby w gimnazjach/liceach ogłosić konkurs w ramach odpowiedniej ścieżki edukacyjnej, to jestem przekonana, że kreatywność młodzieży zaskoczyłaby muzealników.

Pragnę, aby jak najprędzej teren Westerplatte został odpowiednio przygotowany na przyjęcie setek tysięcy turystów z całej Europy i świata. Niech zwiedzający, poza oczywistymi wartościami poznawczymi i edukacyjnymi tego miejsca, znajdą odpowiednie zaplecze – restauracyjki, gdzie można zjeść drobny posiłek, możliwość nabycia wydawnictw medialnych prezentujących najnowsze zdobycze historyków (pamiątek nie wykluczając), toalety odpowiednie dla wielkich grup ludzi. Niech znikną zawstydzające i przynoszące ujmę temu miejscu TOI-TOI i jarmarczne budy!

Niech Westerplatte nie będzie jedynie miejscem dorocznych uroczystości, ale niech stanie się miejscem chluby i chwały polskiego żołnierza oraz przestrogą dla nas i naszych potomnych. Niech nie będzie ekskluzywnie, ale niech każdy przyjezdny wie, że odwiedza miejsce ważne a dla Polaków święte!



sobota, 10 września 2016

Zapomniany bastion

Nowiusieńkim tunelem pod Wisłą kierujemy się w stronę Westerplatte. Kiedy opuszczałam Gdańsk wiele lat temu, tunelu nie było. Mijamy piękny stadion zbudowany na Euro2012, złośliwie przez niektórych nazywany „złotym nocnikiem.” Rzeczywiście, w telewizji wygląda korzystniej.

Dojazd do Wojskowej Składnicy Tranzytowejktóra przyjęła na siebie pierwszy impet niemieckich najeźdźców i gdzie rozpoczęła się II wojna światowa, jest słabo oznakowany, jednak wreszcie stawiamy samochód na niewielkim parkingu. Jest sierpniowe popołudnie, a mimo to słońce grzeje mocno. Rozglądam się z ciekawością, głównie po to, by zlokalizować miejsce, z którego bije niemiły zapach jedzenia. Jestem zaskoczona, że budki te są usytuowane tak blisko pozostałości po wartowni.

fot. własna
W miejscu Wartowni nr 5, która drugiego dnia walk została zmieciona z powierzchni ziemi a cała załoga zginęła, znajduje się cmentarzyk Obrońców Westerplatte. Na płycie nagrobnej majora Sucharskiego (zmarł w 1946 r. w Neapolu, szczątki przeniesiono na Westerplatte w 1971 r.) leży świeża biało-czerwona wiązanka. Pomiędzy mogiłami niewysoki krzyż, który doczekał się już tu swojej historii. Stawiany, zdejmowany, miał znaleźć się na śmietnisku, lecz został przechowany, walczył o lepsze z… sowieckim czołgiem, po latach znów strzeże mogił obrońców ojczyzny. Niestety, o tym nie można dowiedzieć się na miejscu. Może przewodnicy opowiadają wycieczkom, ale tacy wędrowcy jak my, mogą poznać tę historię dopiero w domu, przed komputerem. Po obu stronach krzyża – nagrobkiWieczne odpoczywanie racz Im dać, Panie…

Omijamy kierunek zwiedzania i od razu idziemy w stronę pomnika. Zbliżamy się do Wartowni nr 3, otoczonej starannie utrzymaną rabatą z pięknie kwitnącymi różami. Ukwieconych rabat jest tu wszędzie wiele. Po podeście wchodzę do wnętrza budynku. Pokruszone kawały betonu połączone grubym drutem zbrojeniowym zwisają nad głową. Wyraźnie widoczne są świeże ślady szalunku wzmacniającego nadwątlone ściany warowni. Do piwnic nie schodzę.

fot. własna
W pobliżu wartowni znajduje się informacja o nadaniu Westerplatczykom tytułu honorowego Obywatela Miasta Gdańsk. Pozbawione zdobień szare płyty z nazwiskami załogi placówki swą surowością dobrze wkomponowują się w otoczenie.

Idziemy szeroką, asfaltową alejką prowadzącą do usypanego pagóra, na którym wznosi się charakterystyczna bryła pomnika. Nasz znajomy wspomina, że jeszcze na początku lat 60. ubiegłego stulecia las porastający tę część półwyspu ciągle nosił ślady walk. Teraz rośnie wyniosły, wspaniały, przynosząc w konarach ożywczy wiatr znad zatoki.

Zieleń porasta i rozsadza porzucone przy alejce szare bryły zbrojonego betonu. Skąd są te umocnienia? Z której wartowni? A może z koszar? Z kasyna? Czy z bunkra amunicyjnego? Świadkami jakich wydarzeń były?

Gdzie powinno być TERAZ, DZIŚ ich miejsce? Bo na pewno nie powinny leżeć bezładnie przy ścieżce.

Kolejnym przykrym zaskoczeniem są jarmarczne budy rozstawione wzdłuż alejki, których właściciele oferują tandetne wyroby z bursztynu, lichej roboty miniaturki pomnika, jakieś militaria, oklejone muszelkami pudełka i inne pamiątki.

KTO dał zezwolenie na handel w tym miejscu?

Idziemy dalej. Na niewielkiej przestrzeni pomiędzy drzewami rozstawiono sporych rozmiarów przezroczyste tablice, w których zapewne znajdują się informacje o tym miejscu. Postanawiamy zapoznać się z nimi w drodze powrotnej. Ale, ale, co to za budka nieopodal? Z niedowierzaniem rozpoznajemy TOI-TOI. Czy nie można jej było ustawić nieco dalej, trochę ukryć między krzewami?

fot. własna

Zostawiając z tyłu olbrzymi napis NIGDY WIĘCEJ WOJNY, zbliżamy się do kolejnego betonowego bloku, na którego szarym tle jaśnieje podpis papieża Jana Pawła II. Na głos odczytujemy fragment homilii z pielgrzymki w 1987 r. o tym, że każdy ma „jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakiś porządek praw i wartości, które trzeba utrzymać i obronić.”


Pan maluje ławeczki farbą koloru świeżo wyłuskanego kasztana. A, tak! Za dwa dni uroczystość w rocznicę wybuchu wojny. Na kalendarzu skreślimy kolejny rok, zamyślimy się przez chwilę, zmówimy modlitwę za dusze i w intencji i wrócimy do codziennej rutyny.



Widać już wyniosłą bryłę pomnikaTrzeba nieźle zadzierać głowę. Zniżające się słońce przeszkadza robić zdjęcia, a ja przecież nie jestem fotografem. Pstrykam – przecież któraś fotka się uda! Pomnik błyszczy się i lśni, utrwalając socjalistyczną wersję historii. POMIMO że ZSRS i państwa satelickie przestały istnieć.

Na szczycie półpostacie marynarza i żołnierza. Nikt nie ma wątpliwości – to polski żołnierz i radziecki towarzysz broni. Twarze patrzą w stronę kanału portowego. Pod nimi napisy: La Manche, Dunkierka, Morze Śródziemne, Atlantyk, Narvik, Murmańsk. I jeszcze niżej: Oksywie, Westerplatte, Poczta Gdańska (sic!) Kosynierzy Gdyni. Z innej strony: Lenino, Studzianki, Kołobrzeg. Jedyna data widniejąca na pomniku to 30 marca 1945 r. – data przepędzenia wojsk hitlerowskich Gdańska. Trudno ją odnieść i powiązać z TYM miejscem i wrześniem 1939 roku.

Nazywany jest Pomnikiem Bohaterów Westerplatte, lecz nie im jest dedykowany, nie ich czyn wojenny sławi, nie ich postawę gloryfikuje!

Powinien stać gdzie indziej. Nie tu, nie na Westerplatte.

Schodząc w dół zastanawiamy się, gdzie stał Schleswig-Holstein. Zdania są podzielone, ale mamy nadzieję, że szczegółów dowiemy się z tablic umieszczonych w pobliżu TOI-TOI. Rzeczywiście, prastare (sądząc po kolorze i treści) tablice informują dość szczegółowo o tym, co działo się przed i w czasie walk. Plan sytuacyjny jest płaski i nie daje wyobrażenia o skali nalotów i ostrzału, jaki przypuścili Niemcy na ten skrawek polskiej ziemi. Niewiele mówi o trudzie, poświęceniu, cierpieniu, lęku, niepewności i nadziejach niewielkiej liczebnie naszej załogi.

Ale nic straconego, bo przed nami jeszcze muzeum, mieszczące się w Wartowni nr 1. Sądzimy, że tam zdobędziemy więcej informacji. Bilety trzeba nabyć w kiosku po przeciwnej stronie. Chciałam też zakupić folder, ale wydawnictw po polsku brak. Jako bilet wstępu służy… paragon potwierdzający uiszczenie odpowiedniej kwoty. Opiekun tego miejsca (Muzeum WWII?) nie wydaje pieniędzy na drukowanie nikomu niepotrzebnych biletów.

Przed wartownią ustawiono działko małego kalibru. Muzeum zajmuje niewiele pomieszczeń. Na wejściu model niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein. W jednym z pomieszczeń odtworzono miejsce odpoczynku załogi i ono daje wyobrażenie o warunkach, jakie znosili żołnierze Składnicy. Eksponaty to ciężki karabin maszynowy, kilka sztuk broni krótkiej i karabinów. Z opisu nie można się dowiedzieć ani czy ten akurat egzemplarz należał do żołnierza, ani nawet tego, czy ten model znajdował się na wyposażeniu załogi. Ot, po prostu leży jakiś pistolet w gablotce. Jest solidnych rozmiarów pocisk, który nie został nawet opisany!



fot. własna

Kurtka mundurowa majora Sucharskiego, jego szabla i neseser toaletowy to bardzo cenne pamiątki.


fot. własna

Dla kontrastu ze ściany wołają zetlałe ze starości, podniszczone, krzywo zamocowane, ubogie w treść biogramy Dowódcy i jego zastępcy, kapitana Franciszka Dąbrowskiego.

Choć wnętrze nieświeże, zakurzone, dawno nie sprzątane, to w gablotach znajdują się urządzenia do kontroli temperatury i wilgotności. Ilość eksponatów znikoma, co zrozumiałe, bo więcej się po prostu nie zmieści. Ale niedbały, niechlujny sposób prezentacji tej niewielkiej ilości zabytków sprowadza ich wartość edukacyjną, a także emocjonalną, do zera.

To miejsce powinno krzyczeć NIGDY WIĘCEJ WOJNY nie malowanymi literami i szkaradnym w swej wymowie pomnikiem, ale nowoczesnym muzeum ze świetnym zapleczem i doskonale zagospodarowanym polem bitwy, gdzie każdy kawałek gruzu znajdzie się na swoim miejscu a nazwisko każdego poległego obrońcy ojczyzny będzie wypisane tam, gdzie padł. To wszystko można odtworzyć, to da się zrobić. Tylko trzeba chcieć zadbać o to święte miejsce.

--------------------------------------------------

Westerplatte jest i dziś osamotnione, opuszczone, pozostawione sobie i wygląda tak, jakby już nie oczekiwało znikąd pomocy. Mimo to wciąż trwa w pamięci pokoleń Polaków. Nie 7 dni, nie 7 lat, ale 77 lat.

---------------------------------------------------

Przydatne linki