Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 grudnia 2023

Gwiazdki mojego dzieciństwa

 

Nie lubię nowomodnego określenia „magiczne święta”, które ma niewiele wspólnego z cudem i rzeczywistością Narodzenia Jezusa. Ale lubię wracać pamięcią do lat dzieciństwa i do pięknego czasu poprzedzającego święta Bożego Narodzenia.

***

Wracam myślą do świąt w moim rodzinnym domu. Zlewają się, nakładają na siebie, tworząc obraz zamglony i niewyraźny, choć prawdziwy. Z tej mgły wyłaniają się postaci moich Rodziców: wyprostowany, mocny Tata i cicha, drobna, wiecznie zatroskana Mama. To im zawdzięczam beztroskę wszystkich wesołych świąt Bożego Narodzenia. Wierzę, że teraz wspólnie kolędują u Boskiego tronu.

(Nie tak dawno dołączyły do nich dwie moje starsze siostry: Janka i Inka).

Gwiazdki mojego dzieciństwa pachniały śniegiem, pastą do podłogi i piernikiem. Kiedy przymknę oczy, widzę Mamę, która bardzo wczesnym rankiem, gdyśmy wszyscy jeszcze spali, pochylała się nad stojącą przy kaflowym piecu chlebową dzieżą, zagniatając piernik. Aromatycznego ciasta musiało wystarczyć aż do Trzech Króli. My, dzieci, pomagaliśmy przy wykrawaniu pierniczków i drobnych kruchych ciasteczek, objadaliśmy cichcem drożdżówkę z kruszonki, kręciliśmy mak na makowiec, aż ręce bolały!

Święta spędzaliśmy rodzinnie. Moja zamężna siostra odwiedzała nas nieczęsto, ale kiedy już się to zdarzyło, w domu było niezwykle wesoło. Jej dwaj starsi nieco ode mnie synowie, Waldy i Witek (tak, tak, zostałam „podwójną” ciotką zanim jeszcze przyszłam na świat) byli znakomitymi towarzyszami zabaw.

W dzień wigilii od samego rana panowało w domu radosne zamieszanie. W kuchni, wśród niepowtarzalnych zapachów, krzątała się Mama z Janką i Eweliną, Tatuś ze Zbyszkiem ustawiali na stojaku choinkę, którą potem wspólnie ubieraliśmy w nagromadzone przez lata bombki, Danka prasowała serwetki i obrus, z radia (a wcześniej z „głośnika”) płynęły kolędy w wykonaniu „Mazowsza”, „Śląska” albo słynnych głosów operowych, Szwagier swoim miłym ładnym barytonem towarzyszył kolędom z radia.

Po wieczerzy, kiedy Mama wytłumaczyła, dlaczego w wigilię jemy karpia, cała dzieciarnia w napięciu oczekiwała na dźwięk dzwonka oznajmiający, że właśnie przed chwilą w choinkowym pokoju Gwiazdor zostawił prezenty. Przepychaliśmy się do drzwi jedno przez drugie, starając się, niby niechcący, potrącić klamkę... Mama przekomarzała się z nami, ale wreszcie ze śmiechem otwierała drzwi, a my, nagle odurzeni leśnym zapachem drzewka i stojących na stole ciast, nieruchomieliśmy w progu, sycąc oczy blaskiem świecidełek, łańcuchów i ozdób, onieśmieleni tajemniczymi zawiniątkami wokół choinki.

Tatuś zapalał choinkowe świeczki, to był jego przywilej i obowiązek. Dorośli zasiadali przy stole z herbatą i kieliszkiem domowej roboty wina, dzieci mościły się na kanapie, czasem któreś znikało pod stołem w swoim „kąciku”. Najmłodsze dziecko, delegowane do rozdawania prezentów, krzątało się z przejęciem. Rozpakowywanie podarunków zaczynało się wtedy, gdy ostatni upominek trafił do właściwych rąk. Ileż było oglądania, przymierzania, zachwycania się, przestróg: „a nie zepsuj od razu” i podziękowań!

Kiedy już nacieszyliśmy się do woli, mama przyciemniała elektryczne światło w żyrandolu i intonowała swoją ulubioną kolędę „Wśród nocnej ciszy”. Dołączaliśmy jak kto potrafił i sumiennie wyśpiewywaliśmy wszystkie zwrotki: Inka sopranem, Dana ze Zbyszkiem drugim głosem, ja piszcząc, a Janka nieco fałszywym murmurando i niosła się kolęda... Czasem tatuś brał skrzypce (dawniej wiejski nauczyciel musiał umieć wszystko), a kiedy tato poszedł na pasterkę do nieba, Zbyszek siadał do pianina. Na śpiewaniu, zjadaniu smakołyków, zabawie i pogawędkach upływał nam czas do pasterki. Po powrocie z kościoła wszyscy spieszyli do łóżek, aby następnego dnia z ochotą radośnie świętować.

Dziś już nic nie jest takie samo, ale wspomnienia nie blakną.



środa, 23 grudnia 2020

Wśród nocnej ciszy...

 

Gwiazdki mojego dzieciństwa pachniały śniegiem, pastą do podłogi i piernikiem. Kiedy przymknę oczy, widzę Mamę, która bardzo wczesnym rankiem, gdyśmy wszyscy jeszcze spali, pochylała się nad stojącą przy kaflowym piecu dzieżą, zagniatając ciasto na piernik. Aromatycznego ciasta musiało wystarczyć aż do Trzech Króli. Pomagaliśmy przy wykrawaniu pierniczków i drobnych ciasteczek, objadaliśmy cichcem kruszonkę z drożdżówki, ucieraliśmy lukier i mak na makowiec, aż ręce bolały!

Święta spędzaliśmy rodzinnie. Ze stolicy przyjeżdżał mój starszy i jedyny Brat – wówczas student. Najstarsza Siostra odwiedzała nas nieczęsto, ale kiedy już zjeżdżała, to z całą rodziną i w domu było wtedy bardzo wesoło. Jej starsi ode mnie synowie byli rzetelnymi urwipołciami, ale grzecznie zwracali się do mnie „ciociu”. Urlop spędzała z nami też druga wg starszeństwa Siostra. My, młodsze dziewczynki, bardzo czekałyśmy na starsze rodzeństwo i na prezenty od nich, bo były tak bardzo inne niż to, co można było dostać w powiatowym miasteczku – pachniały wielkim światem!

W dzień wigilii od rana panowało wielkie zamieszanie. W kuchni, wśród zapachów zupy rybnej, smażonego karpia i bigosu, krzątała się Mama ze swoimi starszymi córkami, przygotowując wieczerzę, przekąski i różne świąteczne dania. Mama tłumaczyła, dlaczego karp jest tą „wyróżnioną” rybą – otóż dlatego, że kości znajdujące się w głowie tej ryby przypominają narzędzia Męki Pańskiej. Tatuś przynosił z piwnicy butelkę domowego wina na wieczór, a później z Bratem ustawiali w pokoju choinkę, którą wspólnie ubieraliśmy w gromadzone przez lata bombki, łańcuchy z bibułki, ozdoby ze słomy i z wydmuszek. Mama co chwilę rzucała okiem na nasze dzieło. Któraś z młodszych dziewczynek prasowała mocno ukrochmalone serwetki i obrus. Z „Mazowszem” i „Śląskiem” nuciliśmy kolędy płynące z radia.

Odświętnie ubrani czekaliśmy, aż Tato weźmie w dłonie najpiękniejszy w całym domu talerzyk z opłatkiem i powie „No, Marysiu, wesołych świąt!” Opłatek zaczynał krążyć od Rodziców przez Rodzeństwo według starszeństwa, aż wszyscy podzieliliśmy się tym symbolem Bożego Dzieciątka. Wówczas można było zasiąść do stołu. Po wieczerzy cała dzieciarnia w napięciu oczekiwała dźwięku dzwonka oznajmiającego, że przed chwilą w „choinkowym” pokoju Gwiazdor zostawił prezenty. Mama przez chwilę przekomarzała się z nami, aż wreszcie ze śmiechem otwierała drzwi, a my nieruchomieliśmy w progu odurzeni żywicznym zapachem drzewka, sycąc oczy jego blaskiem.

Chłodne powietrze w pokoju pachniało pastą do podłogi, choinką i ciastem. Pośrodku pysznił się stół, pięknie nakryty najładniejszym obrusem. Na kredensie, na stole, a nawet na pianinie starsze Siostry rozstawiły kolorowe talerze z grubej tektury z wytłaczanymi zimowymi scenkami i postaciami św. Mikołaja i św. Rodziny, na których każdy znalazł pierniczki, jabłka, pomarańcze, orzechy oraz różne cukierki i słodycze, które Mama zapobiegliwie gromadziła w tych trudnych czasach Gomułkowskiego PRL-u.

Dorośli siadali wokół stołu, dzieci na sofie, czasem któreś znikało pod stołem. Tatuś zapalał świeczki na choince. To był jego przywilej i obowiązek. Jedno z dzieci uwijało się z przejęciem wokół drzewka, wybierając ostrożnie prezenty i wyczytując imię obdarowanego. Rozpakowywanie prezentów zaczynało się wtedy, gdy ostatni upominek trafił do właściwych rąk. Ileż było oglądania, zachwycania się, przymierzania, podziękowań, czasem nawet łez. Nie brakowało też przestróg: „a nie zepsuj od razu!”

(Wśród moich upominków powtarzały się zeszyty do kolorowania, pudełko kredek, piżamki, czapeczki z szalikiem w komplecie, różne gry planszowe, ale najczęstszym i najbardziej ulubionym prezentem były książki, np. „Książę i żebrak” czy „Chata wuja Toma”. Do końca świątecznej przerwy były przeczytane!)

Kiedy już nacieszyliśmy się prezentami, Mama wyłączała światło i przy blasku choinkowych świeczek intonowała kolędę, najczęściej "Wśród nocnej ciszy". Dołączaliśmy się wszyscy jak kto potrafił i sumiennie wyśpiewywaliśmy wszystkie zwrotki. Czasem Tatuś brał skrzypce (dawniej wiejski nauczyciel musiał umieć wszystko), a kiedy Tatuś poszedł na pasterkę do Nieba, Brat siadał do pianina. Na śpiewaniu, zjadaniu smakołyków, zabawie prezentami i pogawędkach upływał nam ten święty wieczór.

Kiedy przyszła pora, zaczynaliśmy szykować się do pasterki. Do kościoła mieliśmy trzy kilometry. W święta rzadko mogliśmy liczyć na podwózkę, bo okoliczni gospodarze też mieli gości, więc miejsca na saniach czy w bryczkach brakowało. Po mszy świętej wracaliśmy ze śpiewem i zmarzniętymi nosami, rzucając się w domu na gorący barszcz, mimo że był to środek nocy. Kładłam się spać w nowej flanelowej piżamce, ciesząc się na nadchodzące dni.

***

Gwiazdki mojego dzieciństwa zlewają się w mej pamięci, nakładają na siebie, tworząc obraz zamglony i niewyraźny. Z tej mgły wyłaniają się postaci moich Rodziców: wyprostowany, mocny Tata i cicha, drobna, wiecznie zatroskana Mama. To im zawdzięczam beztroskę moich dziecięcych świąt Bożego Narodzenia.

Wierzę, że teraz razem kolędują u Boskiego Tronu. I wierzę, że do chóru dołączyły moje starsze Siostry – Janka i Inka.





poniedziałek, 21 grudnia 2020

Gwiazdki na obczyźnie...

 


Pierwsze święta Bożego Narodzenia w Stanach Zjednoczonych... Nie mieliśmy ani prezentów, ani choinki, ani samochodu, żeby dojechać do centrum handlowego. Ale mieliśmy szczęście, bo obracaliśmy się wśród życzliwych Polonusów. Wspólne zakupy zaproponowali nam Henio i Irena. Pojechaliśmy do okazałego centrum handlowego, które zrobiło na mnie oszałamiające wrażenie: hektary powierzchni, wielopoziomowe domy towarowe, butiki pod wspólnym dachem, miejsca, gdzie można było spróbować nowych przekąsek; wewnątrz żywe drzewa, ruchome schody, najprzeróżniejsze zapachy, świąteczna muzyka, wspaniałe dekoracje, tłum zadowolonych, uśmiechniętych ludzi. A między nimi my, mniej uśmiechnięci, bo bardziej ograniczeni portfelem.

Zrobiliśmy udane zakupy, ba! nawet zdobyliśmy choinkę. Przyozdobiliśmy ją najtańszymi, celuloidowymi bombkami i ozdobą, którą córka zrobiła w szkole. Opłatek przywiozłam z Polski, więc było prawie jak w domu. Po wieczerzy zostaliśmy zaproszeni przez Ulę i Karola, którzy już zadomowili się w swoim niedawno kupionym domu. Wigilijny wieczór spędziliśmy wymieniając się drobnymi upominkami i słuchając opowiadań rodaków o ich amerykańskiej codzienności. W Boże Narodzenie razem z naszymi miłymi gospodarzami poszliśmy na mszę. Modliłam się cichutko po polsku, pieśni zanucić nie umiałam, ale radość z narodzin Pana Jezusa była taka sama.

Następnego dnia zostaliśmy zaproszeni przez Heniów na wycieczkę do Waszyngtonu na wystawę „Circa 1492: Art in the Age of Exploration”. Wystawa była elementem obchodów 500-lecia odkrycia Ameryki. Rzeźby, obrazy, rysunki, drukowane księgi, mapy, instrumenty badawcze, tkaniny i inne eksponaty reprezentowały cały ówczesny świat, a więc Europę, Afrykę Zachodnią i świat Islamu, Japonię, Koreę, Chiny i Indie, kulturę Azteków i Inków... Z naszych polskich skarbów widzieliśmy „Damę z gronostajem” oraz księgę z Akademii Krakowskiej z nazwiskiem Mikołaja Kopernika wpisanego w poczet żaków. Gdyby nie wspaniałomyślność naszych znajomych, którzy obejrzeli wystawę dużo wcześniej i do stolicy jechali specjalnie dla nas, nie mielibyśmy szansy obejrzeć tych wszystkich cudów.

Takie były nasze pierwsze święta za granicą.

***

Od kiedy rodzina powiększyła się o synową, zięcia i wnuczka, wigilie przybrały międzynarodowy charakter. Zięć i synowa są Amerykanami, więc - ciekawi polskich obyczajów - chętnie włączali się w przygotowania i cieszyli się na nasze tradycyjne postne potrawy, wspólnie śpiewaliśmy międzynarodową kolędę „Cicha Noc”. Aby było sprawiedliwie, polska część rodziny rezygnowała z prezentów w wigilijny wieczór i poszukiwaliśmy ich pod choinką we wczesny świąteczny poranek.

Trochę jednak smutno w ten wigilijny wieczór; mimo większej rodziny, mimo ładnej, zimowej pogody, błyszczącej choinki w udekorowanym mieszkaniu i kolorowych lampek przed domem. Każda moja wigilia zawiera tę odrobinę smutku, bo rzecz nie w ilości osób. I, jak co roku, kiedy będziemy składać sobie życzenia, córka szepnie: „mamo, nie płacz, tak nie lubię, kiedy płaczesz”. Widać takie mają być teraz moje wigilie.

***

Jesus is the Reason for the Season. To hasło, wypisane na wielkim billboardzie umieszczonym przy autostradzie I-95, widoczne jest z daleka. Czy trzeba o tym przypominać? Tak, z pewnością.

Sezon świąteczny w Stanach Zjednoczonych rozpoczyna się zaraz po Święcie Dziękczynienia wielkimi zniżkami na wszelkiego rodzaju towary, mówi się o tym dniu black Friday. (Z czasem zwyczaj ten przyszedł i do Polski). Nad ruchomymi schodami domów towarowych wiszą girlandy błyskających lampek, z sufitów zwisają olbrzymie papierowe bombki, po mallu przechadza się ho-ho-ho Santa, z głośników dobiegają najpopularniejsze piosenki świąteczne. Ani się człowiek obejrzy, a „sezon” będzie trwał cały rok i w tym całym zamieszaniu zapomnimy, że chodzi o Dzieciątko Jezus!






poniedziałek, 5 listopada 2018

Wieczne pióro, gęsie pióro…



Nasza rodzina składała się z Rodziców, trzech starszych Sióstr, starszego Brata i mnie.
Była jeszcze siostra Jola, ale umarła w czasie okupacji. Ojciec był nauczycielem, Mama prowadziła dom.

***

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam, że Rodzice byli ciągle zajęci pracami, które trzeba było wykonać, aby rodzina i dom funkcjonowały jak należy. Rzadko widziałam ich siedzących bezczynnie. W czasie odpoczynku czytali gazety, książki, spędzali czas w gronie znajomych. My, dzieci, mieliśmy swoje ulubione zabawki, a wspólnie lubiliśmy grać w chińczyka, warcaby czy w pchełki. Bywało, że po kolacji Tato rozstawiał szachy, do których zapraszał mojego Brata. Razem z Siostrą przyglądałyśmy się dostojnej i cichej grze, a ja siadałam na oparciu fotela i zaplatałam w warkoczyki siwiejące włosy Ojca. Byłam najmłodsza i chyba dlatego czasem wolno mi było więcej.


Najbardziej jednak lubiłam, gdy Tato trudził się drobnymi naprawami. Czasem trzeba było naprawić lalki, które niespodziewanie gubiły rączkę czy nóżkę, częściej jednak były to naprawy domowych przedmiotów.

 Majsterkowanie najczęściej odbywało się w kuchni. Tato przynosił starą szufladę, w której składał wiele przedmiotów. Przede wszystkim były to różnokształtne narzędzia, których wygląd z czasem nauczyłam się łączyć z ich zastosowaniem i obco brzmiącymi nazwami. W rozmaitych pudełeczkach leżały śrubki, nakrętki, gwoździki różnej wielkości i kształtu, zardzewiałe i niepotrzebne pinezki (Mama mówiła „pluskiewki”), jakieś blaszki, skuwki, zasuwki i zawiaski, ozdobne kluczyki, które niczego nie otwierały ani nie zamykały, był nawet fragment srebrnego kolczyka, sprężynki, kłujące metalowe ścinki-sprężynki i inne tajemnicze przedmioty, których przeznaczenia nikt nie znał, dopóki nie okazały się być przydatne. Dziś nazywamy je „przydasie”. Wtedy usłyszałam takie określenia jak wichajster albo dinks.

Podczas gdy Tato zajęty był swoją pracą, ja wyciągałam z szuflady różne dziwności i uparcie dopytywałam się: „a po co to, a do czego, a skąd tatuś to ma?” Kiedy Ojciec kończył pracę, pozwalał mi sobie „pomóc”. Z zapałem przytrzymywałam, podawałam, wyszukiwałam, podnosiłam, zbierałam, segregowałam, nawet „młotkowałam”, a wtedy Tato układał moją rączkę, abym nie zrobiła sobie krzywdy.


***

Ojciec miał liczne talenty. Ładnie śpiewał i grał na skrzypcach, zresztą wykształcony przed wojną nauczyciel musiał umieć wszystko. Jak przez mgłę słyszę śpiewanie kolęd przy akompaniamencie skrzypiec. W domu wisiały trzy olejne obrazy, które ocalały z wojny, ale Mama utrzymywała, że Tato namalował ich pięć. Nie były to żadne wybitne dzieła, jednak dla nas ważne. Znajdują się w posiadaniu Rodzeństwa. Kiedy Tato miał czas dla nas, opowiadał o swoim dzieciństwie, o swojej rodzinie, dlaczego został nauczycielem. Czasem wspominali z Mamą swoje przeżycia w czasie II wojny. Dowiedziałam się też, że Rodzice bardzo pragnęli, abym była chłopcem. Nie spełniłam ich marzeń o drugim synu i urodziłam się dziewczynką.


***

Tato dużo palił. Kiedy pracował, otaczały go obłoki dymu. Jego krótko przystrzyżony wąs był nawet nieco przyżółcony. W prawej szufladzie biurka zawsze leżały papierosy, a głębiej, zawinięta w gałganek, leżała nieużywana od lat fajka.

Od czasu do czasu, głównie przed świętami, Ojciec wytwarzał pomarańczówkę lub cytrynówkę: obierał owoc starannie ze skórki, kroił ją w cieniuchne paseczki i wkładał do „kwaterki”, czyli butelki z alkoholem o pojemności 0,25 litra, stojącej w dolnej szafce biurka zamykanej na kluczyk. Do próbowania jakości likieru służył kieliszek z grubego szkła. Dziś stoi on w mojej kuchennej szafce, popielniczka zaś u mojej Siostry.




czwartek, 18 grudnia 2014

Przedświąteczny rozgardiasz

Nareszcie w domu!

Już kiedy wjeżdżamy na podjazd, wyciągam szyję, żeby sprawdzić, czy wszystko jest tak jak zostawiłam. Ozdobne kapusty, wsadzone przed miesiącem, rozrosły się na rabacie. Błyszczą się ładnie w słońcu ich sinoniebieskie, zewnętrzne liście, osłaniające intensywnie fioletowe środki. Wychyliły znów głowy uporczywe chwasty, z którymi walczę bezustannie i bezskutecznie, niczym Mały Książę z baobabami.

Wnosimy walizy. Przebiegam szybko z góry w dół, aby sprawdzić, czy wszystkie rośliny przeżyły naszą nieobecność, otworzyć drzwi balkonowe i wpuścić pachnące późną jesienią powietrze, a wraz z nim obudzoną nagle muchę i dwie kompletnie zdezorientowane biedronki. Spod balkonu wypłoszyłam zajączka, który zdążył się już zadomowić.

Szybko rozpakowuję bagaże, mąż przygotowuje kawę a dla mnie ziołową herbatkę. Można zacząć planować przedświąteczne sprzątanie, układać jadłospis, robić listę zakupów, wymyślać upominki. Niestety, w planach muszę uwzględnić wizytę u lekarza. Zamiast wypiekać pierniczki, leżę w łóżku, łykam antybiotyk i syropki. Jedyne jaśniejsze chwile są po śniadaniu. W biednej głowie desperacko poszukuję pomysłów na prezenty. Już wiem, że wszystkie kupimy on-line.

Kiedy tak zapadam w drzemkę wywołaną działaniem syropu od kaszlu, w pamięci przewijają się strzępy dawnych świąt Bożego Narodzenia. Najdawniejsze to te, kiedy byłam małą dziewczynką i wierzyłam w świętego Mikołaja. Przychodził do domu na dźwięk srebrnego dzwoneczka, najprawdziwszy, z białą długą brodą i w lśniących czarnych butach, dziwnie przypominających sztylpy Tatusia. Przed którąś gwiazdką Starsza Siostra powiedziała mi w tajemnicy, że Gwiazdorem jest Tatuś, a prezenty kupują rodzice. Na dowód wyciągnęła z bieliźniarki jakąś lalę, która potem znalazła się pod choinką. Zdradziła, że zawsze, kiedy przychodzi Gwiazdor, Tatuś wychodzi nagle do sąsiadów z jakiegoś ważnego a tajemniczego powodu. Tak oto brutalnie zrujnowano moje dziecięce przekonania, co nie wpłynęło na pasję objadania choinki z ciasteczek, lukrowanych pierniczków i czekoladowych cukierków. Radości z niespodzianek pod choinką nikt nie potrafił mi zmącić do dziś!

Nawet wtedy, gdy założyłam własną rodzinę i urodziłam dzieci, wyjeżdżaliśmy. Coraz częściej jednak, świadomi, że należy budować własną tradycję, urządzaliśmy święta Bożego Narodzenia w naszym ciasnym mieszkanku, które musieliśmy nieco przemeblować, aby wygospodarować kąt na drzewko. Była to zawsze żywa choinka z żywicznym zapachem prawdziwego lasu. Nie są go w stanie zastąpić żadne „zapachowe” świeczki i olejki.

Dopiero od kilku lat mamy choinkę sztuczną. Stało się tak, że musieliśmy przeorganizować rutynę przedświątecznych przygotowań. Zabrakło czasu na poszukiwanie drzewka. Teraz jest oszczędniej i ekologicznie. Przestałam odczuwać brak naturalnego zapachu. Wieczorem siadam w fotelu, „włączam” choinkę, zapalam zieloną świeczkę i wpatruję się w jej pełgający, ciepły płomyk.

Sięgam pamięcią wstecz i widzę każdą naszą, moją, emigracyjną Gwiazdkę. Mimo że spędzane tradycyjnie i w gronie rodziny, to jednak święta w nowej ojczyźnie mają inny smak. Inaczej smakuje opłatek, bo pomieszany ze łzami. Inaczej brzmi „Cicha noc, święta noc”, bo jedna zwrotka po polsku, druga po angielsku. Inaczej smakują wigilijne dania, bo coraz częściej urozmaicam je, uwzględniając zwyczaje nowych członków naszej rodziny. Inaczej wygląda jedna z bombek, bo przyodziana w czarną kokardę ku pamięci Ofiar katastrofy smoleńskiej.
Życie idzie naprzód. Jest inaczej. Mam wnuka! Choinka błyszczy się od świecidełek, lukrowanych pierniczków i ciasteczek oraz czekoladowych cukierków w szeleszczących, połyskliwych papierkach. Z radia płyną piękne amerykańskie kolędy i piosenki świąteczne, które wypełniają serce. Czas zatacza krąg.

Jakaż to przyjemność wrócić w domowe pielesze!

Wesołych Świąt!
Merry Christmas!





wtorek, 5 sierpnia 2014

Szachy


Zimą zmrok zapada wcześnie. Przy kuchennym stole Mamusia zasiadała z nami do pchełek, czasem do warcabów, lubiliśmy też grać w chińczyka. Było wiele śmiechu, bo któż przy tej grze nie próbował niewinnych oszustw?! 

Szachy jednak były grą poważną dla ludzi poważnych, a tacy byli w naszym domu tylko dwaj: Tatuś i mój starszy brat. Prawie każdego zimowego wieczora ojciec z synem zasiadali do gry. Żeby móc lepiej obserwować zmagania czarnych z białymi, my z siostrą cichutko klęczałyśmy na pełnych poduszek siedzeniach krzeseł, opierając brodę na rączkach. Znałyśmy ruchy figur i pionów oraz jako-tako zasady gry, więc nasze bierne uczestnictwo nie było tak całkiem pozbawione sensu. Kiedy zaś starsi skończyli grę, mogłyśmy pobawić się w turnieje rycerskie lub „rozgrywać” własne partie.

Nasze domowe, rodzinne szachy były niezwyczajne. Przywykłam do nich od najwcześniejszego dzieciństwa i długo byłam przekonana, że tak właśnie wyglądają wszystkie szachownice i figury szachowe na całym świecie. Kiedy poznałam ich historię? Może podczas któregoś z tych wieczorów, kiedy Rodzice opowiadali swe wojenne przeżycia? Może od rodzeństwa? Nie pamiętam...
----------------------------------------
Gorący wiatr wdmuchiwal firanki do jadalni. Kończyliśmy niedzielny obiad. Był środek lata i wakacje, rodzina prawie w komplecie przy stole. Prawie, ponieważ brakło Tatusia...

Nagle we frontowych drzwiach stanął nieznajomy starszy pan i zapytał o Ojca. Mamusia znieruchomiała, jakby zobaczyła widmo. Wiedzieliśmy, że musi to być przybysz z daleka, skoro nie wiedział o śmierci tego, którego chciał spotkać. Mężczyzna, kiedy usłyszał, że Jan zmarł tak niedawno, biadał, że nie zdecydował się na odwiedziny w ubiegłym roku, tłumaczył, że odkładał podróż do lata, żałował, że nie zdążył.

Mamusia zaprosiła gościa do stołu. Przedstawił się nam i wyjaśnił powód swojej podróży. Otóż będąc coraz starszym i czując się zmęczonym chorobą, pragnął odszukać i odwiedzić swoich kolegów z obozu jenieckiego w Toruniu. Kiedyśmy to usłyszeli, zaczęliśmy prosić towarzysza niedoli naszego ojca o opowieści. Pan, którego nazwiska niestety nie pomnę, przytaczał znane i nieznane nam epizody z obozowego życia. W pewnym momencie przypomniał, że Jan zrobił szachownicę i figury do gry w szachy, która była odpoczynkiem i urozmaiceniem jenieckiej codzienności. Opisał dokładnie szachownicę. Słuchaliśmy tego ze wzruszeniem, aż wreszcie któreś z rodzeństwa przyniosło zestaw do gry i położyło na stole przed mężczyzną. Teraz on nie krył wzruszenia, biorąc do ręki figurki i szachownicę...
-------------------------------------------------
Najpierw szachownica. Jak każda, została podzielona na 64 kwadraty, lecz malowane były tylko „białe” pola na lekko żółty, a właściwie śmietankowy kolor, „czarne” pola zaś zachowały surową, ciemnobrązową barwę tworzywa, z którego została wykonana. A zrobił ją Tatuś z prostokątnego kawałka sklejki. Kwadratowe pole do gry wpisał w prostokąt i obwiódł linią. Pozostała część deski utworzyła jakby margines, pośrodku którego wyciął nożykiem napisy, a w wyżłobienia wpuścił czarną farbę. Pierwszy napis głosił: TORUŃ – FORT XIII, przeciwległy: STALAG – rok xxx. Słowo „stalag” było uzupełnione datą roczną, niestety, nie pamiętam, czy był to rok 1941, czy 1943. W każdym rogu deski Tatuś wyrzeźbił swastyki wpisane w koło. Data i miejsce powstania szachów tłumaczyły doskonale, dlaczego szachownica została przyozdobiona swastykami. Na odwrocie deseczki Tatuś-jeniec napisał kilka zdań wyjaśniających okoliczności powstania gry, a treść poświadczył swoim zamaszystym podpisem.*

Wszystkie figury i pionki wyrzeźbione zostały z kawałeczków drewna. Byłam świadkiem, kiedy w jakiś zimowy wieczór Tatuś powołał do istnienia szachowego konika z grupy białych, bo jego poprzednik zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Pewnie sturlał się ze stołu, wpadł do węglarki i spłonął wraz z brykietami w przepastnych czeluściach pieca kaflowego.

Patrzałam jak zaczarowana. Tatuś brał do ręki scyzoryk i po chwili z drewnianego klocuszka zaczął wyłaniać się koński łeb i uszy a migdałowe oczy patrzeć na świat, falować zaczynała końska grzywa... był to prawdziwy cud, bo nic nie wskazywało na to, że w tym małym drewienku tkwi zaklęty szachowy konik. I nikt o tym nie wiedział oprócz mojego Taty! Wkrótce figurka, a właściwie końskie popiersie, było gotowe. Teraz Tatuś cierpliwymi ruchami głaskał konika delikatnym papierem ściernym. W nagrodę za wierną asystę mogłam też gładzić końską grzywę i kark. Potem Tatuś osadził swe dzieło na cieniutkim gwoździku i zatknął na deseczce, na którą skapywała jasnożółta, a właściwie śmietankowa, farbka.

Następnego dnia wysuszony konik trafił do pudełka z grubej tektury. Nie pasował do starych, rozpamiętujących wciąż na nowo wojenne przeżycia, figurek. Długo zachowywał świeżą barwę zdradzającą jego młody wiek i brak doświadczenia. Wreszcie... przybrudził się a mieszkańcy kartonowego pudełka przywykli do niego i przestali wypominać mu młodość oraz brak wspomnień z Twierdzy Toruń.


PS *Przypomnieć sobie dokładnie treści tego osobliwego oświadczenia nie potrafię. Nawet odtworzenie go nie jest możliwe, gdyż cała gra „zniknęła” z domu. Nie wiem, co się stało z tą jedyną pamiątką po Ojcu z czasów wojny.