Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boże Narodzenie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 grudnia 2023

Gwiazdki mojego dzieciństwa

 

Nie lubię nowomodnego określenia „magiczne święta”, które ma niewiele wspólnego z cudem i rzeczywistością Narodzenia Jezusa. Ale lubię wracać pamięcią do lat dzieciństwa i do pięknego czasu poprzedzającego święta Bożego Narodzenia.

***

Wracam myślą do świąt w moim rodzinnym domu. Zlewają się, nakładają na siebie, tworząc obraz zamglony i niewyraźny, choć prawdziwy. Z tej mgły wyłaniają się postaci moich Rodziców: wyprostowany, mocny Tata i cicha, drobna, wiecznie zatroskana Mama. To im zawdzięczam beztroskę wszystkich wesołych świąt Bożego Narodzenia. Wierzę, że teraz wspólnie kolędują u Boskiego tronu.

(Nie tak dawno dołączyły do nich dwie moje starsze siostry: Janka i Inka).

Gwiazdki mojego dzieciństwa pachniały śniegiem, pastą do podłogi i piernikiem. Kiedy przymknę oczy, widzę Mamę, która bardzo wczesnym rankiem, gdyśmy wszyscy jeszcze spali, pochylała się nad stojącą przy kaflowym piecu chlebową dzieżą, zagniatając piernik. Aromatycznego ciasta musiało wystarczyć aż do Trzech Króli. My, dzieci, pomagaliśmy przy wykrawaniu pierniczków i drobnych kruchych ciasteczek, objadaliśmy cichcem drożdżówkę z kruszonki, kręciliśmy mak na makowiec, aż ręce bolały!

Święta spędzaliśmy rodzinnie. Moja zamężna siostra odwiedzała nas nieczęsto, ale kiedy już się to zdarzyło, w domu było niezwykle wesoło. Jej dwaj starsi nieco ode mnie synowie, Waldy i Witek (tak, tak, zostałam „podwójną” ciotką zanim jeszcze przyszłam na świat) byli znakomitymi towarzyszami zabaw.

W dzień wigilii od samego rana panowało w domu radosne zamieszanie. W kuchni, wśród niepowtarzalnych zapachów, krzątała się Mama z Janką i Eweliną, Tatuś ze Zbyszkiem ustawiali na stojaku choinkę, którą potem wspólnie ubieraliśmy w nagromadzone przez lata bombki, Danka prasowała serwetki i obrus, z radia (a wcześniej z „głośnika”) płynęły kolędy w wykonaniu „Mazowsza”, „Śląska” albo słynnych głosów operowych, Szwagier swoim miłym ładnym barytonem towarzyszył kolędom z radia.

Po wieczerzy, kiedy Mama wytłumaczyła, dlaczego w wigilię jemy karpia, cała dzieciarnia w napięciu oczekiwała na dźwięk dzwonka oznajmiający, że właśnie przed chwilą w choinkowym pokoju Gwiazdor zostawił prezenty. Przepychaliśmy się do drzwi jedno przez drugie, starając się, niby niechcący, potrącić klamkę... Mama przekomarzała się z nami, ale wreszcie ze śmiechem otwierała drzwi, a my, nagle odurzeni leśnym zapachem drzewka i stojących na stole ciast, nieruchomieliśmy w progu, sycąc oczy blaskiem świecidełek, łańcuchów i ozdób, onieśmieleni tajemniczymi zawiniątkami wokół choinki.

Tatuś zapalał choinkowe świeczki, to był jego przywilej i obowiązek. Dorośli zasiadali przy stole z herbatą i kieliszkiem domowej roboty wina, dzieci mościły się na kanapie, czasem któreś znikało pod stołem w swoim „kąciku”. Najmłodsze dziecko, delegowane do rozdawania prezentów, krzątało się z przejęciem. Rozpakowywanie podarunków zaczynało się wtedy, gdy ostatni upominek trafił do właściwych rąk. Ileż było oglądania, przymierzania, zachwycania się, przestróg: „a nie zepsuj od razu” i podziękowań!

Kiedy już nacieszyliśmy się do woli, mama przyciemniała elektryczne światło w żyrandolu i intonowała swoją ulubioną kolędę „Wśród nocnej ciszy”. Dołączaliśmy jak kto potrafił i sumiennie wyśpiewywaliśmy wszystkie zwrotki: Inka sopranem, Dana ze Zbyszkiem drugim głosem, ja piszcząc, a Janka nieco fałszywym murmurando i niosła się kolęda... Czasem tatuś brał skrzypce (dawniej wiejski nauczyciel musiał umieć wszystko), a kiedy tato poszedł na pasterkę do nieba, Zbyszek siadał do pianina. Na śpiewaniu, zjadaniu smakołyków, zabawie i pogawędkach upływał nam czas do pasterki. Po powrocie z kościoła wszyscy spieszyli do łóżek, aby następnego dnia z ochotą radośnie świętować.

Dziś już nic nie jest takie samo, ale wspomnienia nie blakną.



poniedziałek, 21 grudnia 2020

Gwiazdki na obczyźnie...

 


Pierwsze święta Bożego Narodzenia w Stanach Zjednoczonych... Nie mieliśmy ani prezentów, ani choinki, ani samochodu, żeby dojechać do centrum handlowego. Ale mieliśmy szczęście, bo obracaliśmy się wśród życzliwych Polonusów. Wspólne zakupy zaproponowali nam Henio i Irena. Pojechaliśmy do okazałego centrum handlowego, które zrobiło na mnie oszałamiające wrażenie: hektary powierzchni, wielopoziomowe domy towarowe, butiki pod wspólnym dachem, miejsca, gdzie można było spróbować nowych przekąsek; wewnątrz żywe drzewa, ruchome schody, najprzeróżniejsze zapachy, świąteczna muzyka, wspaniałe dekoracje, tłum zadowolonych, uśmiechniętych ludzi. A między nimi my, mniej uśmiechnięci, bo bardziej ograniczeni portfelem.

Zrobiliśmy udane zakupy, ba! nawet zdobyliśmy choinkę. Przyozdobiliśmy ją najtańszymi, celuloidowymi bombkami i ozdobą, którą córka zrobiła w szkole. Opłatek przywiozłam z Polski, więc było prawie jak w domu. Po wieczerzy zostaliśmy zaproszeni przez Ulę i Karola, którzy już zadomowili się w swoim niedawno kupionym domu. Wigilijny wieczór spędziliśmy wymieniając się drobnymi upominkami i słuchając opowiadań rodaków o ich amerykańskiej codzienności. W Boże Narodzenie razem z naszymi miłymi gospodarzami poszliśmy na mszę. Modliłam się cichutko po polsku, pieśni zanucić nie umiałam, ale radość z narodzin Pana Jezusa była taka sama.

Następnego dnia zostaliśmy zaproszeni przez Heniów na wycieczkę do Waszyngtonu na wystawę „Circa 1492: Art in the Age of Exploration”. Wystawa była elementem obchodów 500-lecia odkrycia Ameryki. Rzeźby, obrazy, rysunki, drukowane księgi, mapy, instrumenty badawcze, tkaniny i inne eksponaty reprezentowały cały ówczesny świat, a więc Europę, Afrykę Zachodnią i świat Islamu, Japonię, Koreę, Chiny i Indie, kulturę Azteków i Inków... Z naszych polskich skarbów widzieliśmy „Damę z gronostajem” oraz księgę z Akademii Krakowskiej z nazwiskiem Mikołaja Kopernika wpisanego w poczet żaków. Gdyby nie wspaniałomyślność naszych znajomych, którzy obejrzeli wystawę dużo wcześniej i do stolicy jechali specjalnie dla nas, nie mielibyśmy szansy obejrzeć tych wszystkich cudów.

Takie były nasze pierwsze święta za granicą.

***

Od kiedy rodzina powiększyła się o synową, zięcia i wnuczka, wigilie przybrały międzynarodowy charakter. Zięć i synowa są Amerykanami, więc - ciekawi polskich obyczajów - chętnie włączali się w przygotowania i cieszyli się na nasze tradycyjne postne potrawy, wspólnie śpiewaliśmy międzynarodową kolędę „Cicha Noc”. Aby było sprawiedliwie, polska część rodziny rezygnowała z prezentów w wigilijny wieczór i poszukiwaliśmy ich pod choinką we wczesny świąteczny poranek.

Trochę jednak smutno w ten wigilijny wieczór; mimo większej rodziny, mimo ładnej, zimowej pogody, błyszczącej choinki w udekorowanym mieszkaniu i kolorowych lampek przed domem. Każda moja wigilia zawiera tę odrobinę smutku, bo rzecz nie w ilości osób. I, jak co roku, kiedy będziemy składać sobie życzenia, córka szepnie: „mamo, nie płacz, tak nie lubię, kiedy płaczesz”. Widać takie mają być teraz moje wigilie.

***

Jesus is the Reason for the Season. To hasło, wypisane na wielkim billboardzie umieszczonym przy autostradzie I-95, widoczne jest z daleka. Czy trzeba o tym przypominać? Tak, z pewnością.

Sezon świąteczny w Stanach Zjednoczonych rozpoczyna się zaraz po Święcie Dziękczynienia wielkimi zniżkami na wszelkiego rodzaju towary, mówi się o tym dniu black Friday. (Z czasem zwyczaj ten przyszedł i do Polski). Nad ruchomymi schodami domów towarowych wiszą girlandy błyskających lampek, z sufitów zwisają olbrzymie papierowe bombki, po mallu przechadza się ho-ho-ho Santa, z głośników dobiegają najpopularniejsze piosenki świąteczne. Ani się człowiek obejrzy, a „sezon” będzie trwał cały rok i w tym całym zamieszaniu zapomnimy, że chodzi o Dzieciątko Jezus!






czwartek, 18 grudnia 2014

Przedświąteczny rozgardiasz

Nareszcie w domu!

Już kiedy wjeżdżamy na podjazd, wyciągam szyję, żeby sprawdzić, czy wszystko jest tak jak zostawiłam. Ozdobne kapusty, wsadzone przed miesiącem, rozrosły się na rabacie. Błyszczą się ładnie w słońcu ich sinoniebieskie, zewnętrzne liście, osłaniające intensywnie fioletowe środki. Wychyliły znów głowy uporczywe chwasty, z którymi walczę bezustannie i bezskutecznie, niczym Mały Książę z baobabami.

Wnosimy walizy. Przebiegam szybko z góry w dół, aby sprawdzić, czy wszystkie rośliny przeżyły naszą nieobecność, otworzyć drzwi balkonowe i wpuścić pachnące późną jesienią powietrze, a wraz z nim obudzoną nagle muchę i dwie kompletnie zdezorientowane biedronki. Spod balkonu wypłoszyłam zajączka, który zdążył się już zadomowić.

Szybko rozpakowuję bagaże, mąż przygotowuje kawę a dla mnie ziołową herbatkę. Można zacząć planować przedświąteczne sprzątanie, układać jadłospis, robić listę zakupów, wymyślać upominki. Niestety, w planach muszę uwzględnić wizytę u lekarza. Zamiast wypiekać pierniczki, leżę w łóżku, łykam antybiotyk i syropki. Jedyne jaśniejsze chwile są po śniadaniu. W biednej głowie desperacko poszukuję pomysłów na prezenty. Już wiem, że wszystkie kupimy on-line.

Kiedy tak zapadam w drzemkę wywołaną działaniem syropu od kaszlu, w pamięci przewijają się strzępy dawnych świąt Bożego Narodzenia. Najdawniejsze to te, kiedy byłam małą dziewczynką i wierzyłam w świętego Mikołaja. Przychodził do domu na dźwięk srebrnego dzwoneczka, najprawdziwszy, z białą długą brodą i w lśniących czarnych butach, dziwnie przypominających sztylpy Tatusia. Przed którąś gwiazdką Starsza Siostra powiedziała mi w tajemnicy, że Gwiazdorem jest Tatuś, a prezenty kupują rodzice. Na dowód wyciągnęła z bieliźniarki jakąś lalę, która potem znalazła się pod choinką. Zdradziła, że zawsze, kiedy przychodzi Gwiazdor, Tatuś wychodzi nagle do sąsiadów z jakiegoś ważnego a tajemniczego powodu. Tak oto brutalnie zrujnowano moje dziecięce przekonania, co nie wpłynęło na pasję objadania choinki z ciasteczek, lukrowanych pierniczków i czekoladowych cukierków. Radości z niespodzianek pod choinką nikt nie potrafił mi zmącić do dziś!

Nawet wtedy, gdy założyłam własną rodzinę i urodziłam dzieci, wyjeżdżaliśmy. Coraz częściej jednak, świadomi, że należy budować własną tradycję, urządzaliśmy święta Bożego Narodzenia w naszym ciasnym mieszkanku, które musieliśmy nieco przemeblować, aby wygospodarować kąt na drzewko. Była to zawsze żywa choinka z żywicznym zapachem prawdziwego lasu. Nie są go w stanie zastąpić żadne „zapachowe” świeczki i olejki.

Dopiero od kilku lat mamy choinkę sztuczną. Stało się tak, że musieliśmy przeorganizować rutynę przedświątecznych przygotowań. Zabrakło czasu na poszukiwanie drzewka. Teraz jest oszczędniej i ekologicznie. Przestałam odczuwać brak naturalnego zapachu. Wieczorem siadam w fotelu, „włączam” choinkę, zapalam zieloną świeczkę i wpatruję się w jej pełgający, ciepły płomyk.

Sięgam pamięcią wstecz i widzę każdą naszą, moją, emigracyjną Gwiazdkę. Mimo że spędzane tradycyjnie i w gronie rodziny, to jednak święta w nowej ojczyźnie mają inny smak. Inaczej smakuje opłatek, bo pomieszany ze łzami. Inaczej brzmi „Cicha noc, święta noc”, bo jedna zwrotka po polsku, druga po angielsku. Inaczej smakują wigilijne dania, bo coraz częściej urozmaicam je, uwzględniając zwyczaje nowych członków naszej rodziny. Inaczej wygląda jedna z bombek, bo przyodziana w czarną kokardę ku pamięci Ofiar katastrofy smoleńskiej.
Życie idzie naprzód. Jest inaczej. Mam wnuka! Choinka błyszczy się od świecidełek, lukrowanych pierniczków i ciasteczek oraz czekoladowych cukierków w szeleszczących, połyskliwych papierkach. Z radia płyną piękne amerykańskie kolędy i piosenki świąteczne, które wypełniają serce. Czas zatacza krąg.

Jakaż to przyjemność wrócić w domowe pielesze!

Wesołych Świąt!
Merry Christmas!