Translate

sobota, 30 lipca 2016

Dzieciom Warszawy - 1944


Dzieciom Warszawy - 1944
Wojtuś Zalewski, ps. Orzeł Biały









Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej p. Andrzeja Dudy podczas obchodów 72. rocznicy Powstania Warszawskiego


Czcigodni Gospodarze dzisiejszej uroczystości – Powstańcy Warszawscy, nasi najdrożsi, najwspanialsi!
Szanowny Panie Dyrektorze!
Szanowni Państwo Prezesi!
Szanowna Pani Prezydent!
Ekscelencjo panie Ambasadorze!

Wszyscy dostojni zgromadzeni goście, drodzy Harcerze, drodzy Młodzi, drodzy Warszawiacy, którym pamięć o powstaniu warszawskim i jego bohaterach jest tak droga, wszyscy Szanowni Państwo!

Dziękuję, dziękuję, że jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej mogłem dziś po raz kolejny przybyć na tę uroczystość. Dziękuję za jej organizację. Dziękuję za to, że po raz pierwszy, w 72. rocznicę wybuchu powstania, na dwa dni przed datą 1 sierpnia, tak silnie wyrytą w moim sercu – mogę być tutaj z Państwem, żeby oddać hołd w imieniu Polski, w imieniu moich rodaków, zwłaszcza młodszych pokoleń. Oddać hołd tym, którzy, dzięki Bogu, są tutaj dzisiaj cały czas z nami, i oddać hołd tym, którzy odeszli, polegli. Polegli w tamte sierpniowe, wrześniowe i październikowe dni.

To wielki zaszczyt dla prezydenta RP móc się spotkać z bohaterami, móc wręczyć w imieniu polskiego państwa odznaczenia bohaterom powstania i bohaterom pamięci o powstaniu, o tej wielkiej polskiej i warszawskiej tradycji, o tym fundamencie, na którym budujemy i powinniśmy budować przez następne wieki postawy kolejnych pokoleń młodych Polaków. Dziękuję za to.

Dziękuję Powstańcom za obecność. Jesteście Państwo nieocenieni. Jesteście nie tylko bohaterami powstania, jesteście też wychowawcami. Jesteście wzorem. Jesteście tymi, w których wpatrzone są oczy młodego pokolenia i waszych dzieci, i waszych wnuków, i teraz waszych prawnuków. Patrzą na Was z dumą, z dumą pamiętają o Waszej wielkiej odwadze, o bohaterstwie, a przede wszystkim o miłości ojczyzny.

Jesteśmy dzisiaj w świątyni tej pamięci – muzeum powstania warszawskiego, które stanęło w tym miejscu z inicjatywy prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w 2002 r. obiecał powstańcom, że po dziesiątkach lat oczekiwania to muzeum będzie. I jest. [oklaski] Jest piękne. Jest Wasze. Tak jak Wasz jest 1 sierpnia.

Dziękuję także za wkład w dalszą budowę tego dzieła i wychowankom L. Kaczyńskiego panu dyrektorowi i jego współpracownikom, i wszystkim tym, którzy dzisiaj są w muzeum, którzy pracują w muzeum, dla muzeum i dla młodych, których setki tysięcy rocznie odwiedzają to miejsce. Odwiedzają po to, żeby się uczyć, co to znaczy być Polakiem, że warto być Polakiem. [oklaski]

Szanowni Państwo, dziękuję panu dyrektorowi za te słowa, że jesteśmy i powinniśmy być wszyscy wokół powstania i powstańców zjednoczeni. Tak! Powstańcy są naszym największym skarbem, powstanie jest pomnikiem naszej pamięci! I muszę Państwu powiedzieć, że nie mówię tego tylko jako prezydent Rzeczypospolitej. Mówię to także po prostu jako Andrzej Duda, który ma osobiście do powstania i powstańców stosunek niezwykle szczególny, bo ja się wychowałem na tej tradycji, chociaż mieszkałem w Krakowie, chociaż tam chodziłem do szkoły, ale już jako dziecko czytałem wspomnienia uczestników powstania. To była moja biblia. Po raz pierwszy, kiedy przyjechałem do Warszawy z ojcem w 1983 r. szedłem od kamienicy do kamienicy, od miejsca do miejsca, od tablicy do tablicy, wspominając heroizm, czyn bojowy, bohaterstwo moich bohaterów. Dziękuję, że mogę być dzisiaj wśród Was. Nie wiecie, jaki to dla mnie zaszczyt! [oklaski]

Szanowni Państwo! Czasem w przestrzeni publicznej pojawiają się głosy krytyki ze strony publicystów, historyków, że powstanie było niepotrzebne, że było hekatombą, która zmiażdżyła Warszawę, że wyginęło młode pokolenie, że straciliśmy kwiat patriotycznej młodzieży, i patriotycznej, młodej inteligencji. Gdyby tak na to spoglądać i gdyby z tym się zgodzić (z czym ja – z góry mówię – nie zgodzę się nigdy), to by trzeba było powiedzieć, że niepotrzebne było powstanie kościuszkowskie, że niepotrzebne było powstanie listopadowe, że niepotrzebne było powstanie styczniowe, bo żadne z nich nie zakończyło się zwycięstwem i młodzi Polacy ginęli.

Tylko trzeba sobie zadać jedno pytanie: czy byłyby kolejne powstania, gdyby nie było poprzednich. [oklaski] Czy to właśnie nie powstania budowały tę siłę, która cały czas trwała w narodzie, idąc z pokolenia na pokolenie? Bo jak popatrzeć, to każde kolejne pokolenie walczyło o wolną Polskę, Polskę, która wtedy była pod zaborami, [walczyło], żeby przepędzić zaborców, żebyśmy odzyskali niepodległość. I wreszcie argument koronny: mówią – nie było przecież żadnych szans, z góry było wiadomo: tu potęga Hitlera, tutaj potęga Sowietów, w których interesie nie było przecież zgodzić się na to, by Warszawa została wyzwolona przez powstańców. Że to była beznadziejna walka. A kto w 1914 roku poszedł z I Kadrową? A kto był w Legionach Piłsudskiego? A kto śpiewał mówili, żeśmy stumanieni, nie wierząc nam, że chcieć to móc... Wtedy też mówili im – wariaci, dokąd idziecie?! Nie macie żadnych szans, ze strzelbami przeciwko armatom, z chlebakiem przeciwko koszarom?!

A odzyskaliśmy niepodległość! To własnie to pokolenie, które odzyskało niepodległość, które pokonało Armię Czerwoną tu, pod Warszawą i pognało ją na Wschód [oklaski], to pokolenie Waszych ojców czciło powstańców styczniowych, czciło ich jak świętych, chociaż przecież nie wygrali! I nikt się nie ośmielił powiedzieć, że powstanie styczniowe nie było potrzebne! Niech mi dzisiaj powiedzą ci, którzy wątpią w sens powstania warszawskiego, czy są w stanie udowodnić, że gdyby powstania nie było, to byłaby dzisiaj ta wolna Polska, w której żyjemy? Nikt z nich nie jest w stanie tego udowodnić. A ja powiem więcej: nie byłoby jej, gdyby powstańcy warszawscy nie opowiadali swoim dzieciom o powstaniu, o bohaterstwie, o tym, jak byli wychowani w II Rzeczpospolitej i dlaczego do powstania poszli. Chcieli wolności. Nie byłoby jej.

Kiedy wejdzie się do muzeum i patrzy się na zdjęcia, to jest na nich mnóstwo zmęczonych, ale uśmiechniętych młodych twarzy. Zmęczonych, czasem stłamszonych, ale szczęśliwych młodych ludzi, w brudnych, potarganych mundurach, ale szczęśliwych, bo mieli świadomość, że tam, gdzie oni stoją z karabinem w ręku, tam jest wolna Polska! A o nią właśnie walczyli. Bo mieli dość poczucia strachu, że mogą zostać zabici, złapani, wysłani do obozu koncentracyjnego. Bronili swojej godności i godności swojego okupowanego państwa, które chcieli, żeby dalej rozkwitało, tak jak rozkwitała II RP, a której rozwój został tak brutalnie przerwany.

I dziś z tego dziedzictwa trzeba czerpać pełnymi garściami. Każdy powinien odwiedzić muzeum powstania warszawskiego. Każdy powinien się w pas pokłonić powstańcom warszawskim! To są nasi bohaterowie, wokół których powinniśmy być razem. Nie ma lepszych i gorszych powstańców. Nie ma dzisiaj tych bardziej i tych mniej bohaterskich. Wiecie, Szanowni Państwo, dlaczego dla pokoleń, które urodziły się po powstaniu i które nie walczyły na żadnej wojnie, nie ma takiego podziału? Bo nikt z nas nie jest w stanie ocenić, jak by się zachował, stojąc oko w oko z SS, jak by się zachował, gdyby spadały mu na głowę sufity kamienic, strącane przez szafy. Bo nikt z nas nie wie, co to znaczy znaleźć się pod ogniem granatników. Na szczęście! [oklaski] Właśnie dzięki powstańcom warszawskim, dzięki Armii Krajowej, dzięki polskim żołnierzom, którzy walczyli o to, żeby Polska była wolna, niepodległa i bez wojny.

Walczyli o nią także wtedy, kiedy II wojna światowa się skończyła. Bo także wtedy właśnie ci, którzy chcieli suwerennej, wolnej, niepodległej Polski, byli prześladowani przez komunistów. Także powstańcy warszawscy. I widziały to ich dzieci. I także to, na pewno, było elementem wielkiego zrywu „Solidarności”. To, że Polacy znowu chcieli być wolni, tak jak wolni chcieli być ich ojcowie. I za to wdzięczność powstańcom warszawskim, żołnierzomm AK, tamtemu pokoleniu, powinna być w naszym kraju, w naszym pokoleniu i w następnych, nieustająca.

Bo to jest nasz mit narodowy! [oklaski] I to jest źródło naszej siły!

Boże, błogosław powstańcom warszawskim! Niech będą z nami jak najdłużej. Niech będą naszymi świętymi bohaterami na piedestale polskiej wolności, o która tak walczyli!

Cześć i chwała bohaterom!

Wieczna pamięć poległym!




(Spisałam z nagrania, dla łatwiejszego czytania uczyniłam drobną korektę stylistyczną, rezygnując z ulubionych przez Pana Prezydenta powtórzeń).


piątek, 22 lipca 2016

Wybrała nas


Wspomnienie to powstawało cały rok. To najtrudniejszy tekst, jaki napisałam.

Była zwykłym psem, jakich wiele. Dla nas wyjątkowym, jedynym na świecie, ukochanym.
W tym roku minęły dwa lata, odkąd nie ma jej z nami.
Wspominając ją, potrafimy się już śmiać. Dlatego mogłam zamknąć ten rozdział.

-----------------------------------------------------

Poznawaliśmy się powoli. Była uważna  i czuła. Ale to dopiero potem. Najpierw musiała się przekonać, czy warto nas pokochać. My zaś chcieliśmy zasłużyć na jej miłość.
                                                                                                                                               
1. Miała być ratunkiem przed straszliwym osamotnieniem, jakie czekało nas po opuszczeniu domu przez dzieci. Musicie mieć przynajmniej psa – zdecydowała za nas córka. Zaczęłam protestować. Nie chcę żadnego psa. Wystarczyły mi te ciągle uciekające chomiki. I zaraz zaczęłam wymieniać powody, dla których żadnego zwierzaka w domu już być nie może! Aż wreszcie cicho, jak zawsze wtedy, gdy prosił o coś dla siebie, odezwał się Mąż. Chciałby mieć psa. W jego domu zawsze były psy. Kajtka i Pimpka nie znałam, ale Rajkę pamiętam. Skapitulowałam. Pokonała mnie ta cicha prośba i wspomnienie potężnej bokserki. Więc dobrze, niech już będzie pies, ale tylko bokserka. „Dziewczynki” są łagodniejsze.

2. Nie chcieliśmy tak zwyczajnie kupić psa w sklepie z psami. Zdecydowaliśmy, że przygarniemy jakąś biedę z przytułku. Trafiliśmy na skromną stronę schroniska dla bokserów. Były tam opisy sytuacji i zdjęcia kilku nieszczęśników, wśród nich – wypatrzona od razu – „nasza” Piesunia. Miała ponad półtora roku i szmery w serduszku. Na łebku duże znamię niewiadomego pochodzenia. Była nieułożona, nieposłuszna i nie lubiła dzieci – przypadłość u tej rasy więcej niż osobliwa. Opiekunowie o jej przeszłości wiedzieli tylko to, że została oddana, ponieważ zaatakowała niemowlę. Reagowała wielkim podnieceniem na płacz dziecka, nawet dochodzącym z telewizora! Włożyliśmy wiele pracy wychowawczej i fizycznego wysiłku, polegającego na mocnym trzymaniu smyczy, by nauczyć ją przezwyciężać agresję.

Już podczas pierwszej wizyty przypadliśmy sobie do serca. Sunia w radosnych podskokach lizała nasze twarze, była spontaniczna i wesoła. Po rozmowie z opiekunami, podczas której upewnili się, że oddają swoją podopieczną w dobre ręce, zrobiliśmy niezbędne zakupy, podpisaliśmy papiery adopcyjne, wpłaciliśmy drobną kwotę na rzecz przytułku i wreszcie wprowadziliśmy ją do domu.

3. Z posłanka patrzały na nas duże smutne oczy osadzone w głowie, która wydawała się zbyt wielka przy szkieletowatym korpusie. Psina była zmęczona niedawnymi przeżyciami i tak wychudzona, że można było policzyć wszystkie żebra i koraliki kręgosłupa. Papiery informowały, że ważyła 45 funtów, czyli nieco ponad 20 kilogramów! W schronisku nie potrafiła walczyć o miskę, z której dominujące psy wyjadały jej karmę. Ale w domu też nie chciała jeść. Po kilku dniach błagania – jedz, kochany piesku, no jedz! – zrezygnowałam z psiej karmy. Kiedy sprawdziłam, że je makaron, aż się uszy trzęsą, bez skrupułów zwyczajnie utuczyłam ją gotowanym makaronem i ryżem, na zmianę mieszanym z psim jedzeniem. Wtedy wreszcie wygoiła się rana po sterylizacji a rzadkiej barwy sierść wygładziła się i nabrała głębokiego, wiśniowego połysku. Pies zachwycał kształtami i proporcjonalną sylwetką właściwą dla rasy.

Była piękna!

4. Tęskniła. Czekała na powrót swej opiekunki. Nie wiedziała przecież, że odtąd będzie z nami, że to już na zawsze. Przez kilka dni, dopóki czuła znajomy zapach, z nosem przy ziemi biegła po śladzie SUV, którym odjechała Janet. Podnosiła łeb i nastawiała aksamitne uszy na szum przejeżdżających samochodów, ze świstem wciągając w czarne nozdrza mieszaninę powietrza i spalin. Próbowała gonić każdy samochód, który jej przypominał znajome auto. W końcu zrezygnowana przystawała, patrząc za znikającym pojazdem. Serce ściskało się na to nieme cierpienie. Głaskałam ją delikatnie i pocieszałam cicho, ale ona stała obojętna, jakby chciała mi powiedzieć, że wcale nie potrzebuje mojego współczucia.

Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że minie wiele czasu, zanim będziemy mogli powiedzieć, że pies jest nasz. Zanim ona zobaczy w nas swoje stado. Z niemałym zdziwieniem uświadomiłam sobie, że stałam się zazdrosna o jej przywiązanie do tamtego miejsca i ludzi, o tęsknotę za nimi. Pokochałam ją, choć zawsze myślałam, że zwierzęcia się nie kocha, że można się tylko przyzwyczaić. Po kilku tygodniach pragnęłam, aby jak najszybciej zapomniała o swym dawnym życiu i przestała tęsknić.

5. Poznawaliśmy się powoli. Była uważna  i czuła. Ale to dopiero potem. Najpierw musiała się przekonać, czy warto nas pokochać. My zaś chcieliśmy zasłużyć na jej miłość. Staraliśmy się zauważać i odwzajemnialiśmy każdy przejaw sympatii z jej strony. Uważnie obserwowała nasze reakcje i widzieliśmy, jak bardzo stara się dopasować do domowych zwyczajów, jak chce nas zadowolić, przypodobać się. Wiedzieliśmy, że takie zachowania są charakterystyczne dla znajdów i psów ze schronisk, a wynikają z obawy przed ponownym odtrąceniem. Zawstydzała nas tą niepewnością. Tłumaczyliśmy jej, że nie musi się niczego obawiać, że teraz jest z nami na dobre i na złe.


6. W naszym domu wszystko było inne od tego, co znała ze schroniska. Przede wszystkim nie było drzwi dla psów, więc swój pierwszy poranny spacer Piesunia odbyła na… dywanie przed drzwiami balkonowymi! Szukała wyjścia, do którego była przyzwyczajona. Zaczęliśmy więc trening w kracie. Ponieważ Pani (czyli ja) zajmowała się jedzeniem i spacerami, zamykanie jej na noc w klatce przypadło w obowiązku Panu. Ach! jakich to różnych sposobów Pies się imał, żeby nie dać się zwabić! Niestety, Pan zawsze był sprytniejszy i w końcu Psina, znęcona wątrobianym przysmakiem, trafiała do klatki, gdzie – zrezygnowana – niezdarnie poprawiała kocyk i układała się do snu, pełnym wyrzutu spojrzeniem utrwalając w nas poczucie winy.

W schronisku pieski miały ogrodzony plac, po którym biegały swobodnie. My nie mieliśmy ogrodzonego terenu. Pies nie umiał chodzić na smyczy. Ja nie umiałam prowadzić psa. Prawo w naszym stanie wymaga, aby zwierzęta były wyprowadzane na smyczy. Nawet gdyby prawo nie istniało, nie moglibyśmy puścić jej luzem, bo lubiła uciekać oraz nie lubiła dzieci. Należało więc posiąść sztukę spacerowania na smyczy. Piesunia ciągnęła niemiłosiernie w swoją stronę, szczególnie wtedy, gdy zwęszyła królika. Siłę w karku boksery mają nadzwyczajną, a kiedy chudzina nabrała już masy, nie byłam w stanie jej utrzymać ani zachować pozycji pionowej, poniewierała mą godnością bez litości po chodniku, po trawniku i krzewach. Obraz był komiczny: cwałująca z wywieszonym jęzorem bokserka, a na końcu smyczy wywijająca piętami Pani. Zupełnie jak w dowcipie o tym, kto tu kogo wyprowadza na spacer.

Uprzedzono nas, że ucieka. I rzeczywiście – błyskawicznie wykorzystywała niedomknięte drzwi, każde zbyt wczesne zdjęcie obróżki. Nie przegapiła żadnej okazji, a my niemądrze uganialiśmy się za nią po osiedlu. Zręcznie omijała rozstawione szeroko ręce z miną „co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Na wołanie i smakołyki nie reagowała. Byliśmy bez szans. Pies co sił w łapach uganiał po wolności. Aż znaleźliśmy niezawodny sposób na złowienie uciekinierki. Wystarczyło głośno otworzyć drzwiczki samochodu i uruchomić silnik, by po chwili zza krzewów wynurzył się zziajany i zaśliniony pysk a zaraz za nim cały Pies, który szybciutko mościł się na przednim siedzeniu obok kierowcy i całą sylwetką wołał: jedziemy! Żeby nie poczuła się oszukana i zwabiona w pułapkę, Pan robił rundę po uliczkach.

7. Boksery są bardzo wesołymi psami. Nie na darmo mówi się „psie figle” albo „psoty”. W schronisku dostała przezwisko „wiggle butt”. Kochała nas wszystkich, ale szczególną czułością darzyła Pana. Na pół godziny przed jego powrotem z pracy zaczynała czekać. Witała go podskokami i lizaniem po twarzy, co było nie lada wyczynem, bo Pan jest słusznego wzrostu. 

Zawsze chętna do zabawy. Uwielbiała gonitwy. Lubiła szamotać, szarpać i ciągnąć. Kiedy dorosła, w zabawie ze mną nigdy nie używała całej swej siły, bo wiedziała, że może mnie skrzywdzić. Z Panem nie obchodziła się już tak delikatnie. Zresztą Pan zakładał grubą koszulę i starą, zimową rękawicę, mogła gryźć! Mocno biła łapą, jak to bokser. Chętnie bawiła się w chowanego. Lubiliśmy patrzeć, jak stara się dobrze wypełnić zadanie i jak potem czeka na wątróbkową nagrodę.

Nasza bokserka była dwujęzyczna, co dziwiło wszystkich. Naturalnie lepiej reagowała na swój „ojczysty” język angielski, ale nauczyła się rozumieć polskie komendy i znała wiele polskich słów. Niech ktoś spróbuje powiedzieć przy mnie „głupi pies”! Trudno opowiedzieć każdy dzień, ale wiedzieliśmy, że jest szczęśliwa i że z czasem zapomniała o swych trudnych szczenięcych latach.

8. Nie ma smutniejszych chwil niż te, kiedy pies choruje, a w jego oczach widać cierpienie. Nasza psina chorowała kilka razy. Raz była to poważna infekcja, czasem skaleczenie, jakieś kleszcze czy pchły. Korzystaliśmy nawet z pomocy psiego okulisty. Dbaliśmy bardzo o jej zdrowie, ale rak został zbyt późno wykryty. Zaproponowano operację, jednak rokowania na potem nie były dobre – kilka miesięcy życia w cierpieniu. Nie byliśmy gotowi na rozstanie, ale też nie chcieliśmy przedłużać jej męki. Lekarka nie pozostawiła złudzeń – bez zabiegu sunia będzie żyła najwyżej trzy dni. Nauczyliśmy się nowego słowa – euthanasia.

9. Po powrocie z kliniki długo siedzieliśmy w samochodzie. Nie mieliśmy odwagi wejść do domu. Zostało wszystko: posłanko, ulubiony wełniany kocyk, zabawki, miska z wodą, resztka karmy w schowku pod schodami, na klamce smycz z obróżką...









poniedziałek, 2 maja 2016

Witaj, majowa jutrzenko


Witaj majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie,
Uczcimy ciebie piosenką,
Która w całej Polsce słynie.

Witaj maj, piękny maj,
U Polaków błogi raj.
Witaj maj, piękny maj,
U Polaków błogi raj.

Nierząd braci naszych cisnął,
Gnuśność w ręku króla spała,
A wtem trzeci maj zabłysnął -
I nasza Polska powstała.

Witaj maj, piękny maj,
Wiwat wielki Kołłątaj!
Witaj maj, piękny maj,
Wiwat wielki Kołłątaj!

Ale chytrości gadzina
Młot swój na nas gotowała,
Z piekła rodem Katarzyna
Moskalami nas zasłała.

Witaj maj, piękny maj,
Rozszarpano biedny kraj.
Chociaż kwitnął piękny maj,
Rozszarpano biedny kraj.



*********************************************************

Wiersz „Witaj, majowa jutrzenko!” powstał podczas walk powstania listopadowego. Do melodii stylizowanej na mazurek słowa napisał Rajnold Suchodolski – powstaniec, który padł w boju na Pradze podczas obrony Warszawy. Miał zaledwie 27 lat.

Wymowa tej skocznej piosenki i jej wpływ na morale powstańców była nie do przecenienia, przywołuje ona bowiem Konstytucję 3 Maja – pierwszy w Europie państwowy akt prawny tej rangi, zniweczony przez konfederację w Targowicy.




************************************************

Powstańcy listopadowi szli do walki ze wspomnieniem wydarzeń 3 maja, zwłaszcza że oficjalne świętowanie było zabronione. Warto sobie uświadomić, że kto dzieckiem pamiętał Targowicę, ten jako dorosły mógł jeszcze przystapić do powstania. Ciekawy i budujący jest dla mnie przykład Franciszka Mickiewicza (ur. 1796) i jego poświęcenia się dla ojczyzny. Tak, to starszy brat Adama, szykanowany za organizowanie i udział w patriotycznych manifestacjach. Jako nastolatek, uczeń, brał udział w szkoleniu wojskowym, które odbywało się pod pozorem chłopięcych zabaw w ramach zupełnie legalnej organizacji uczniowskiej. Podczas ćwiczeń, nieprzypadkiem odbywających się 3 maja, chłopcy, znieważeni przez rosyjskiego oficera, rzucili się na niego i poturbowali. Franciszek, najbardziej zapalczywy, został usunięty ze szkoły. Dwie dekady później, pomimo dojmującego kalectwa (był garbaty i kulejący), przystąpił do powstania! Dlatego napisałam o poświęceniu. Zakończył walkę w randze podporucznika i ze srebrnym krzyżem.*

Współczesne nam pokolenia też odbierały cięgi za pamięć o Konstytucji 3 maja. Chyba w każdym wiekszym polskim mieście było takie miejsce, gdzie spotykali się ci, którzy na przekór wszystkiemu chcieli tę pamięć głośno i publicznie wyrażać. W Gdańsku takim miejscem był pomnik króla Jana III Sobieskiego.

*********************************************

Jakże dziwnie znajomo brzmią dziś hasła magnatów sprzysiężonych przeciwko reformom! Oto w celu przywrócenia starego ustroju, w obronie zagrożonej wolności, w porozumieniu z carycą Rosji Katarzyną II, zawiązana została konfederacja zdrajców. Oficjalnie stało się to w nocy 18/19 maja 1792 w Targowicy – posiadłości Szczęsnego Potockiego. W rzeczywistości zaś akt napisano i wydrukowano 27 kwietnia 1792 r. w Petersburgu. Całkiem współczesna historia notuje podobne zdarzenia, wystarczy wspomnieć osławiony „Manifest PKWN” czy Dekret o stanie wojennym z 1981 r.

***********************************************

Piosenki o majowej jutrzence nauczyła mnie Mama. Mama ładnie śpiewała. Miała miły i czysty głos. Często słyszałam pieśni do Matki Bożej, którą mama otaczała wielką czcią, gdyż urodziła się w największe Jej święto w Polsce – Matki Boskiej Zielnej i była Jej „imienniczką”. W końcu jakie inne imię mogła otrzymać na chrzcie św. dziewczynka urodzona 15 sierpnia? Wiem, wiem, zaraz powiecie – Anna...

Jako kilkuletnia dziewczynka z cienkimi warkoczykami, na których końcach obowiązkowo powiewały białe lub granatowe kokardki, od Mamy pierwszy raz usłyszałam obco brzmiące imię i nazwisko Hugo Kołłątajdowiedziałam się o królu Stanisławie Poniatowskim i majowej konstytucji. Nie w szkole, nie z lektur i podręczników, ale najpierw od Mamy.

**************************************************

PS Po upadku powstania listopadowego niemiecki kompozytor Richard Wagner przejęty wielką falą uchodźców z Polski, wędrującą przez jego rodzinne miasto, użył tej melodii jako motywu uwertury „Polonia”. Pobrzmiewają w nim znane już wówczas szeroko melodie: „Mazurek Dąbrowskiego”, „Litwinka” czyli hymn Legionów Litewskich oraz właśnie „Witaj, majowa jutrzenko”. Warto posłuchać.



* Wiadomości zaczerpnięte z: Adam Mickiewicz, Dzieła, t. XIV, Wydanie rocznicowe, s. 667.


czwartek, 24 marca 2016

Ogrodzie Oliwny, widok w tobie dziwny...



Potem wyszedł i udał się, według zwyczaju, na Górę Oliwną; towarzyszyli Mu także uczniowie. Gdy przyszedł na miejsce, rzekł do nich: Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie. A sam oddalił się od nich na odległość jakby rzutu kamieniem, upadł na kolana i modlił się tymi słowami: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i umacniał Go. Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Gdy wstał od modlitwy i przyszedł do uczniów, zastał ich śpiących ze smutku. Rzekł do nich: Czemu śpicie? Wstańcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie (Łk 22, 39–46).




1. Ogrodzie Oliwny, widok w tobie dziwny: Widzę Pana mego na twarz upadłego; Tęskność, smutek, strach Go ściska, Krwawy pot z Niego wyciska: Ach JEZU mdléjący Prawieś konający!

2. Kielich gorzkiéj męki z Ojca Twego ręki Ochotnie przyjmujesz, za nas ofiarujesz: Anioł Ci się z nieba zjawia, O męce z Tobą rozmawia: Ach JEZU strapiony, Przed męką zmęczony!

3. Uczniowie posnęli, Ciebie zapomnieli; Judasz zbrojne roty stawia przede wroty I wnet do Ogrójca wpada Z wodzem swym zbójców gromada: Ach JEZUSA truje Zdrajca, gdy całuje!

4. A lubo z swym ludem obalony cudem Gorzéj, niż padł, wstaje, JEZUSA wydaje: Dopiero się nań rzucają, Więzy, łańcuchy wkładają: Ach JEZU pojmany, Za złoczyńcę miany!

5. W domu Annaszowym, Arcykapłanowym, W twarz pięścią trącony, Upadł też zemdlony; Kaifasz Go w zdradzie pyta, A za bluźniercę poczyta: Ach JEZU zelżony, I czci odsądzony!

6. Wnet jak niegodnego prawa ojczystego Przed sąd poganina stawią Rzymianina; Tam nań potwarzy wkładają, O stracenie nalegają: Ach JEZU zhańbiony, Jak łotr obwiniony!

7. A sędzia nieprawy, chroniąc się téj sprawy, Zwala na drugiego, przeciwnika swego; Herod się z tego naśmiewa, W białą szatę przyodziewa: Ach JEZU wzgardzony, Na śmiech wystawiony!

8. W nieprzyjaźni byli przez co się zgodzili, Król Herod z Piłatem, kat z okrutnym katem; Zaś na ratusz prowadzony Pan powtórnie osądzony: Ach JEZU strudzony, Tam i sam włóczony!

9. Stróż sprawiedliwości, świadkiem niewinności Jezusa się staje Piłat, lecz wydaje Wyrok swój na przywiązanie Do słupa i biczowanie: Ach JEZU, jak żwawie Ciężkie Ci bezprawie!



środa, 23 marca 2016

Wskazania Ojca św. Jana Pawła II dla Polaków poza Polską





  • Nie zapominaj, że najwyższym dobrem jest Bóg i bez Niego nie zrozumiesz samego siebie i nie odnajdziesz sensu życia.

  • Nie zapieraj się imienia swojego narodu ani jego historycznych doświadczeń, bo są to jego własne korzenie, jego mądrość, choćby gorzka, jego powód do dumy.

  • Pamiętaj o tym, że gdziekolwiek rzucą cię losy, zawsze masz prawo, aż po kres dni twoich, pozostać członkiem narodowej rodziny.

  • W najgorszych nawet okolicznościach, zmieniając środowisko, obywatelstwo, nie wypieraj się nigdy wiary i tradycji twych przodków, jeśli chcesz, by twoi nowi bracia i twoje dzieci nie wyparły się ciebie.

  • Szanuj swój naród, pomnażaj jego dobre imię i nie dozwól, aby było nadużywane dla politycznych, nacjonalistycznych, czy jakichkolwiek innych celów.

  • Nie dozwól, aby twoja rodzina, naród, był przez kogokolwiek okradany, lżony, niesłusznie oczerniany.

  • Nie wywyższaj siebie i swojego narodu ponad jego rzeczywiste zasługi i ponad narody inne, raczej pokaż innym to, co w twoim narodzie jest najlepsze.

  • Ucz się od innych narodów dobrego, ale nie powtarzaj ich błędów.

  • Pamiętaj, że mieć rodzinę – naród, jest to wielki przywilej, wynikający z przyrodzonego prawa człowieka, ale nie zapominaj o tym, że Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek.

  • Pamiętaj, że jesteś dzieckiem narodu, którego Matką i Królową jest Bogurodzica Maryja dana jako pomoc ku obronie. Powtarzaj często modlitwę serc polskich – Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam.






poniedziałek, 29 lutego 2016

Zapiekanka

Lekka, łatwa i przyjemna.

Proporcje i smaki dowolne.

Zapiekanka tak szybko zniknęła, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia!

Życzę smacznego!

  • Plastry ciemnego (koniecznie) pieczywa tostowego ułożyć na dnie naczynia do zapiekanek.
  • Następna warstwa to plastry pastrami. Zamiast pastrami można użyć prosciutto. Ta luksusowa szynka zdecydowanie podniesie walory smakowe dania i, niestety, jego koszt.
  • Na to położyć posiekaną kiszoną kapustę wymieszaną z korniszonami. Można je obrać ze skórki i zetrzeć na grubej tarce i tak przygotowane wymieszać z kapustą.
  • Na to kłaść plastry sera o ulubionym smaku.
  • Tak przygotowaną zapiekankę zalać następującym sosem: 3 jaja rozbełtać ze słodką śmietaną i musztardą.
  • Całość posypać pokruszonym pieczywem tostowym i zapiekać w temperaturze 3500 F przez ok. 40 minut.








sobota, 20 lutego 2016

Mama





To już 15 lat odkąd nie ma Jej z nami, ze mną, a wciąż trudno się pogodzić. Wspomnienia przychodzą nieproszone, wypływają niespodzianie z zakątków serca, czasem bolą, częściej wywołują uśmiech. Gdy bez pytania odchodzą, zostawiają żal za życiem tym dawnym, co minęło.

Pamiętam Jej sylwetkę, uśmiech, ciepłe i szorstkie dłonie.

Żyjemy dopóty, dopóki ktoś o nas pamięta.



*******

Poranne słońce kładzie się złotą smugą na ścianach i podłodze. Mama stoi w drzwiach swego pokoju w domu mojej siostry, mała, siwa, przygarbiona, taka kochana i taka bezradna, z niepewnym uśmiechem i schrypniętym pytaniem – kiedy wrócę. Gdy wynosiłam ostatnią walizę, Mama uniosła rękę i pomachała mi na pożegnanie, zaginając palce do wnętrza dłoni jak dziecko, które nauczyło się pokazywać „pa-pa”. Przez otwarte na oścież drzwi widziałam jej drżącą rękę, szukającą chusteczki w kieszeni fartucha. Nie muszę nawet zamykać oczu, by widzieć Mamę w głębi korytarzyka i tę jasną plamę słońca przed nią.

*******

pory roku: zima

pamięci Mamy

po lutym niebie wspina się siwy dym
kuropatwy pośpiesznie dziergają wzorek
w świeżym śniegu za płotem
trop prowadzi daleko

szare oczy patrzą uważnie
ciepłe ręce
podają mleko z masłem i miodem
grzeją zmarzniętą buzię i nos

- Znów nie zapięłaś czapeczki, Lilu.

wspomnienia
chylą się ku wieczorowi


Pisane w N. 20 lutego 2012 r. wieczorem



wtorek, 1 września 2015

Konzentration Lager Stutthof


Jutro, 2 września, przypada 76. rocznica utworzenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Stutthof. Tego dnia na teren pomiędzy wsiami Sztutowo i Stegna, autobusami komunikacji miejskiej Niemcy przywieźli z Gdańska około 200 jeńców, którzy natychmiast rozpoczęli budowę. Obóz funkcjonował od 2.09.1939 r. do 9.05.1945 r. Był pierwszym i najdłużej istniejącym niemieckim obozem tego typu na ziemiach dzisiejszej Polski. Jednak w pamięci społecznej męczeństwo jego więźniów jest wciąż mało znane.

Miejsce pod budowę wybrane zostało z pełną premedytacją: teren podmokły, zewsząd otoczony wodą, bagnami i torfowiskami, z wysoko stojącymi wodami gruntowymi i specyficznym, niebezpiecznym dla ludzi mikroklimatem. W założeniu miał być większy niż Auschwitz. Historię budowy oraz strukturę lagru można poznać, klikając w linki umieszczone pod notką.


Komendantami KL Stutthof był SS-Hauptsturmführer Max Pauly (kierujący egzekucją obrońców Poczty Polskiej z Gdańska), a we wrześniu ’42 zastąpił go SS-Sturmbannführer Paul Werner Hoppe i sprawował tę rolę do 9.05.1945 r.

Metodami stosowanymi w obozie w ramach akcji „specjalnego traktowania” więźniów (Sonderbehandlung) było rozstrzeliwanie strzałem w potylicę w pomieszczeniach krematorium czy też „szpilowanie”, czyli uśmiercanie zastrzykiem z fenolu, co Niemcy stosowali od 1940 r. P.W. Hoppe „usprawnił” pracę obozu, gdy z jego polecenia w połowie ’44 r. uruchomiono komorę gazową.

W ciągu ponad 5 lat działalności KL Stutthof zarejestrowano łącznie około 110 tysięcy więźniów. Byli oni obywatelami 28 państw, zarówno europejskich pod niemiecką okupacją, jak i państw neutralnych oraz Stanów Zjednoczonych. Do KL Stutthof docierały transporty z obozów koncentracyjnych Buchenwald, Dachau, Neuengamme, Mauthausen, Flossenbürg i Sachsenhausen, przywożono więźniów Pawiaka i Pruszkowa.

Orientacyjna mapka marszu śmierci więźniów KL Stutthof przez Kaszuby. Oprac. Chryzopraz
Na skutek zbliżającego się frontu Sturmbannführer Hoffman zarządził ewakuację. Przeprowadzano ją drogą lądową i morską od stycznia 1945 r. Liczba ofiar ewakuacji wyniosła prawie 50%. Barkami ewakuowano około 5000 więźniów. Na trasę marszu śmierci przez miejscowości Mikoszewo, Świbno, Cedry Małe, Cedry Wielkie, Pruszcz Gdański, Kolbudy, Łapino, Niestępowo, Żukowo, Przodkowo, Pomieczyno wypędzono ponad 11 tysięcy więźniów. Na miejsce dotarło 7 tysięcy. Cała trasa marszu śmierci, trwającego 11 dni, znaczona jest mogiłami w Nawczu, Rybnie i Kępie Kaszubskiej, Pucku, Wejherowie i Luzinie, Strzepczu, Żukowie i Niestępowie, Pręgowie, Miszewku i Przodkowie, Pomieczynie, Łebnie i Łęczycach, Ciechomiu, Kostkowie, Lęborku...
-------------------------------------------------------------------------------------
Muzeum Stutthof zwiedzałam dwa razy. Pierwszy raz jako uczennica ze szkolną wycieczką. Drugi raz jako nauczycielka z moimi uczniami ówczesnych klas VII i VIII w ramach cyklu lekcji języka polskiego. I choć to wiele lat temu, dobrze pamiętam niektóre reakcje. Należy pamiętać, że były to reakcje nastolatków z połowy lat 90.

Podczas całej trasy zwiedzania przeważała cisza, chciałoby się powiedzieć „martwa” cisza i uwagi wypowiadane półgłosem. Ale kiedy minęło pierwsze onieśmielenie, padały różne pytania do przewodnika. Młodzież była ogromnie zbulwersowana faktem, że oficerowie z rodzinami (dzieci) i strażnicy mieszkali zaraz za murem, a nawet w obrębie obozu, tym, że ich to nie krępowało, nie przeszkadzało.

Wielkie wrażenie zrobiła szubienica i studnia, nikt nie podszedł blisko, wszyscy przyglądali się z daleka. W krematorium cisza jak w kościele, dopiero kiedy oczy oswoiły się z mrokiem, młodzież rozeszła się po obszernym pomieszczeniu, przyglądała się z niedowierzaniem piecom krematoryjnym, próbując „przymierzyć się” do noszy. Przy tej okazji ktoś nawiązał do Grudnia’70 mówiąc, że w krematorium szpitala Marynarki Wojennej w Oliwie palono ciała zabitych stoczniowców.

Łaźnia – to pomieszczenie i jego nazwa spowodowało największe zamieszanie, gdyż każdy miał w pamięci swoją domową łazienkę i jej przeznaczenie. Lekarz także kojarzył się dzieciom z ratowaniem życia, nie ze „szpilowaniem”.

Obchodziliśmy teren obozu, dzień był ciepły i słoneczny. Przewodnik zwrócił uwagę uczniów na mokre płyty chodnika, którym szliśmy. Młodzież umiała to zjawisko wyjaśnić, resztę dopowiedział przewodnik. Podeszliśmy do bryły pomnika, w którym za szybami umieszczony jest popiół  z krematoriów. W szarej masie tkwią gdzieniegdzie jaśniejsze kawałki kości.

Widziałam, że to potężna i wystarczająca dawka dla młodzieży. Szliśmy do autobusu w ciszy, a kiedy wreszcie odjechaliśmy z tego miejsca, dzieci musiały to odreagować.

Z jakim wzruszeniem i jakże pełniej po tym doświadczeniu uczniowie odbierali treść wiersza T. Różewicza „Warkoczyk”:

Kiedy już wszystkie kobiety
z transportu ogolono
czterech robotników miotłami
zrobionymi z lipy zamiatało
i gromadziło włosy

Pod czystymi szybami
leżą sztywne włosy uduszonych
w komorach gazowych
w tych włosach są szpilki
i kościane grzebienie

Nie prześwietla ich światło
nie rozdziela wiatr
nie dotyka ich dłoń
ani deszcz ani usta

W wielkich skrzyniach
kłębią się suche włosy
uduszonych
i szary warkoczyk
mysi ogonek ze wstążeczką
za który pociągają w szkole
niegrzeczni chłopcy
----------------------------------------------------------

Przydatne linki: "Ciemności skryją ziemię."
Uwaga! Film dla dorosłego i odpornego widza!


http://stutthof.org/historia - strona Muzeum KL Stutthof

Eksponat muzealny